Minioną majówkę zdecydowanie zaliczyć można do udanych. Przemykałyśmy między kroplami deszczu i znów czułam, że żyję, choć perspektywa powrotu była niezwykle przytłaczająca.
Pięćdziesiąt dwie godziny bezsnu, cztery napoje izotoniczne, sześc kaw, aż cud, że nie dostałyśmy zawału na skutek tak dużej ilości kofeiny. Jednakże nawet pomimo niej, głowa nieświadomie opadała w samochodzie, a oczy same się zamykały. Było warto, dla samej podróży, poczucia, że żyję.
Weekend majowy upłynął pod znakiem XIII Autostopowych mistrzostw Polski. O 12 z minutami ponad dwieście par z całej Polski wyruszyło na autostopową podróż do Pragi. Były przebrania, dużo śmiechu i cała masa spotkanych znajomych. Wreszcie zobaczyłam się z ludźmi, których nieczęsto widuję.
Kiedy tylko dostaliśmy mapkę z miejscem spotkania, rozpoczął się bieg na skm w stronę Gdyni, a potem szybki marsz na obwodnicę. Naszym pierwszym stopem był samochód dostawczy, który na pakę wziął 5 par i wywiózł nas na Karwiny, stamtąd łapaliśmy już dalej i rozdzieliliśmy się.
Początkowo szło wolno, podrzucali nas kibice Lechii, wczasowicze, rodzinki, każdy po kilka kilometrów, aż wreszcie pod Malborkiem zatrzymał się sympatyczny pan, który zabrał nas aż do Cieszyna. Trasa może nie koniecznie najszybsza i po drodze, ale poprzez jej niekonwencjonalność, w kontekście tych mistrzostw, na drodze nie spotykałyśmy tłumów, a na przejściu granicznym byłyśmy już koło 22. Darek- bo tak nazywał się nasz kierowca, był byłym menadżerem SDMu, puszczał nam piosenki mniej znanych, ale za to jakże dobrych zespołów, i opowiadał masę ciekawych historii, w tym swoje przygody autostopowe, z czasów kiedy były jeszcze książeczki autostopowicza, a podróżować można było jedynie po Polsce. Później, nieco zestresowane nadmiernym zainteresowaniem ze strony pewnych Rosjan, przeszłyśmy pieszo przez granicę, łapiąc stopa na Brno, a później na Pragę. Wpierw podrzuciła nas miła czeska para, a następnie podróżowałyśmy TIRem z panem Bośniakiem. Kimże był Bośniak? Oczywiście muzułmaninem. Bo przecież w Bośni to jest inaczej, jak nadmienił. Tam ludzie nie jedzą mięsa ze świni, nie piją alkoholu, nie przeklinają, a kobiety są porządne, chodzą w czadorach. Co prawda on pije piwo i je wieprzowinę, ale tylko w Polsce, jednak jak przyjadę, nie mogę tego powiedzieć jego żonie bo mu rozbije wazon na głowie. On już mi powie co mogę mówić, a czego nie. Bo naturalnie, że przyjadę, Bośnia to przecież taki piękny kraj, on da mi na bilet, albo mnie podwiezie, dostanę osobny pokój i będę mogła się umyć itd. No ale przede wszystkim poznam jego córkę – która uczy się na lekarza, syna- który studiuje malarstwo na ASP i biegle mówi w 3 językach i jego żonę, a właściwie 2 żony, bo islam pozwala na wielożeństwo a on jest bigamistą. Jednak nasz pan kierowca, ma tylko dwie żony – nie to co jego kolega, który ma cztery. Czy aby utrzymać wiele żon trzeba mieć wiele pieniędzy? Ależ skądże, przecież to oczywiste, że obie pracują i zarabiają. Tylko, żeby nie było, że nie przyjadę, bo muszę, koniecznie muszę przyjechać, Bośnia jest taka piękna.
Pan Bośniak, którego imienia nie pamiętam wysadził nas pod Brnem, gdzie utknęłyśmy na 4,5 godziny. To tam przeżywałyśmy pierwsze załamania i zwątpienia. Czesi udający, że nie rozumieją i mówiący, że nie jadą w kierunku Pragi, stojąc na stacji benzynowej na autostradzie, która prowadzi jedyni w kierunku Pragi. W końcu zabrał nas zestresowany pan Tirowiec, który nie umiał zrozumieć dlaczego w ogóle jedziemy autostopem i co my zrobimy, bo przecież on jedzie jedynie do miejsca położonego 20km od Pragi. Później kolejny stop, metro, autobus i wreszcie upragniony finishing point około 8 rano. Byłyśmy pewne, że będziemy gdzieś w środku, bo przecież tak beznadziejnie nam szło, a jednak byłyśmy 14, nie mogłam wyjść z podziwu. Poskakałyśmy sobie z radości.
Po zameldowaniu się spotkałyśmy się z dawno nie widzianym Daliborem, słuchałyśmy jak grał nam na akordeonie, piłyśmy zieloną herbatkę, wzięłyśmy prysznic w kabinie, która z niewiadomych względów znajdowała się na korytarzu a nie w łazience i ruszyłyśmy na podbój Pragi. Dwugodzinny spacerek po starym mieście, gdzie usłyszeć można było było więcej polskiego niż jakiegokolwiek innego języka, a później szukanie wegańskiej restauracji country life: ( http://www.countrylife.cz/), gdzie najadłyśmy się za wszech czasy. Koło 16 zrobiłyśmy zakupy, wsiadłyśmy w metro i zaczęłyśmy stopować w stronę Polski. Szczęście jak zwykle nas nie opuszczało. Tak jak dojazd do Pragi zajął nam 20 godzin, tak do Gdyni dostaliśmy się w 16.
Jako pierwsza zatrzymała się Czeszka, która zawiozła nas aż o granicy. Trzeba przyznać, iż była niesamowita, można by kolokwialnie rzec: ”wjebana w kosmos”. Przeklinała,miała dwa dredy, do samochodu wołała prrrr, kiedy miał się zatrzymać, a po drodze wpadła po swoje dwa psy, które były naszymi kompanami w dalszej podróży. Szczególnie polubiła nas Agata, która tuliła się do mnie całą drogę. Pierwsze zdanie, które nasza „autobraczka” wypowiedziała do swojego psa brzmiało: Agata! Ty śmierdzisz
. Na granicy kupiłyśmy kawę w tym samym miejscu co w wakacje, znów przeszłyśmy ją pieszo i próbowałyśmy szczęścia. Udało się, przeurocza para zabrała nad aż do samej Warszawy. Niestety wysadzili nas na Wisłostradzie, co nie było najlepszym miejscem, jednak stamtąd zabrała nas prywatna karetka pogotowia, która wywiozła nas za miasto. Stamtąd do Płońska, zabrał nas pracownik elektrowni, którego syn jest szefem kuchni w jednej z restauracji Magdy Gessler. Tak, w czasie tej podróży zdecydowanie dużo nasłuchałyśmy się o dzieciach. Z Płońska, zgodnie z naszym niesamowitym szczęściem, zabrał nas mieszający od 9 lat w Berlinie Polak, który zawiózł nas aż do samej Gdyni. Było szybko, gdyż jechał około 160km/h. Po drodze jedynie zatrzymaliśmy się na smakującą styropianem kawę, dostałyśmy też próbki perfum.;)
Do domu wróciłam zmęczona, głodna i brudna, ale szczęśliwa. Co prawda niezwykle ciężko będzie się wdrożyć w rytm dnia codziennego, zbliżającą się sesję i nawał obowiązków. Ale takie oderwania od rzeczywistości są niezwykle potrzebne, choćby te tylko 3 dniowe.
Chciałybyśmy podziękować wszystkim naszym kierowcom i ludziom spotkanym na drodze. Bez was byśmy nie dojechały, nie cieszyły się z machania do innych autostopowiczów i nie spędziły miłego czasu. A Praga i Czechy? Zdecydowanie są przepiękne i trzeba tam jeszcze kiedyś pojechać:)