Archiwum kategorii 'wydarzenia'

21
gru
10

Wydarzenia na Białorusi

Z przerażenie śledzę wieści z Białorusi, coś ściska mnie w gardle. Kiedy byliśmy tam latem, wiedziałam,że nie jest to raj, ale tak drastycznych zdarzeń się nie spodziewałam…Choć może jestem naiwna. Jednak to co mnie przeraża równie mocno jak aresztowania i pobicia ludzi, to wszechobecna ignorancja. Wydaje mi się, że Polacy bardziej niż inni nie powinni pozostawać obojętnymi, nie wzruszać ramionami.

Prześledzenie wydarzeń, które teraz mają miejsce na Białorusi, polecam wszystkim tym, od których co chwile słyszę jak to im źle w życiu, jak to jest źle w Chorwacji, w Polsce, jak bardzo są poszkodowani. Irak, Afganistan, Korea- to nas nie dotyka, ale Białoruś jest tuż obok.

03
maj
10

Majówka czyli XIII austopowe mistrzoswa do Pragi:D

Minioną majówkę zdecydowanie zaliczyć można do udanych. Przemykałyśmy między kroplami deszczu i znów czułam, że żyję, choć perspektywa powrotu była niezwykle przytłaczająca.

Pięćdziesiąt dwie godziny bezsnu, cztery napoje izotoniczne, sześc kaw, aż cud, że nie dostałyśmy zawału na skutek tak dużej ilości kofeiny. Jednakże nawet pomimo niej, głowa nieświadomie opadała w samochodzie, a oczy same się zamykały. Było warto, dla samej podróży, poczucia, że żyję.

Weekend majowy upłynął pod znakiem XIII Autostopowych mistrzostw Polski. O 12 z minutami ponad dwieście par z całej Polski wyruszyło na autostopową podróż do Pragi. Były przebrania, dużo śmiechu i cała masa spotkanych znajomych. Wreszcie zobaczyłam się z ludźmi, których nieczęsto widuję.

Kiedy tylko dostaliśmy mapkę z miejscem spotkania, rozpoczął się bieg na skm w stronę Gdyni, a potem szybki marsz na obwodnicę. Naszym pierwszym stopem był samochód dostawczy, który na pakę wziął 5 par i wywiózł nas na Karwiny, stamtąd łapaliśmy już dalej i rozdzieliliśmy się.

Początkowo szło wolno, podrzucali nas kibice Lechii, wczasowicze, rodzinki, każdy po kilka kilometrów, aż wreszcie pod Malborkiem zatrzymał się sympatyczny pan, który zabrał nas aż do Cieszyna. Trasa może nie koniecznie najszybsza i po drodze, ale poprzez jej niekonwencjonalność, w kontekście tych mistrzostw, na drodze nie spotykałyśmy tłumów, a na przejściu granicznym byłyśmy już koło 22. Darek- bo tak nazywał się nasz kierowca, był byłym menadżerem SDMu, puszczał nam piosenki mniej znanych, ale za to jakże dobrych zespołów, i opowiadał masę ciekawych historii, w tym swoje przygody autostopowe, z czasów kiedy były jeszcze książeczki autostopowicza, a podróżować można było jedynie po Polsce. Później, nieco zestresowane nadmiernym zainteresowaniem ze strony pewnych Rosjan, przeszłyśmy pieszo przez granicę, łapiąc stopa na Brno, a później na Pragę. Wpierw podrzuciła nas miła czeska para, a następnie podróżowałyśmy TIRem z panem Bośniakiem. Kimże był Bośniak? Oczywiście muzułmaninem. Bo przecież w Bośni to jest inaczej, jak nadmienił. Tam ludzie nie jedzą mięsa ze świni, nie piją alkoholu, nie przeklinają, a kobiety są porządne, chodzą w czadorach. Co prawda on pije piwo i je wieprzowinę, ale tylko w Polsce, jednak jak przyjadę, nie mogę tego powiedzieć jego żonie bo mu rozbije wazon na głowie. On już mi powie co mogę mówić, a czego nie. Bo naturalnie, że przyjadę, Bośnia to przecież taki piękny kraj, on da mi na bilet, albo mnie podwiezie, dostanę osobny pokój i będę mogła się umyć itd. No ale przede wszystkim poznam jego córkę – która uczy się na lekarza, syna- który studiuje malarstwo na ASP i biegle mówi w 3 językach i jego żonę, a właściwie 2 żony, bo islam pozwala na wielożeństwo a on jest bigamistą. Jednak nasz pan kierowca, ma tylko dwie żony – nie to co jego kolega, który ma cztery. Czy aby utrzymać wiele żon trzeba mieć wiele pieniędzy? Ależ skądże, przecież to oczywiste, że obie pracują i zarabiają. Tylko, żeby nie było, że nie przyjadę, bo muszę, koniecznie muszę przyjechać, Bośnia jest taka piękna.

Pan Bośniak, którego imienia nie pamiętam wysadził nas pod Brnem, gdzie utknęłyśmy na 4,5 godziny. To tam przeżywałyśmy pierwsze załamania i zwątpienia. Czesi udający, że nie rozumieją i mówiący, że nie jadą w kierunku Pragi, stojąc na stacji benzynowej na autostradzie, która prowadzi jedyni w kierunku Pragi. W końcu zabrał nas zestresowany pan Tirowiec, który nie umiał zrozumieć dlaczego w ogóle jedziemy autostopem i co my zrobimy, bo przecież on jedzie jedynie do miejsca położonego 20km od Pragi. Później kolejny stop, metro, autobus i wreszcie upragniony finishing point około 8 rano. Byłyśmy pewne, że będziemy gdzieś w środku, bo przecież tak beznadziejnie nam szło, a jednak byłyśmy 14, nie mogłam wyjść z podziwu. Poskakałyśmy sobie z radości.
Po zameldowaniu się spotkałyśmy się z dawno nie widzianym Daliborem, słuchałyśmy jak grał nam na akordeonie, piłyśmy zieloną herbatkę, wzięłyśmy prysznic w kabinie, która z niewiadomych względów znajdowała się na korytarzu a nie w łazience i ruszyłyśmy na podbój Pragi. Dwugodzinny spacerek po starym mieście, gdzie usłyszeć można było było więcej polskiego niż jakiegokolwiek innego języka, a później szukanie wegańskiej restauracji country life: ( http://www.countrylife.cz/), gdzie najadłyśmy się za wszech czasy. Koło 16 zrobiłyśmy zakupy, wsiadłyśmy w metro i zaczęłyśmy stopować w stronę Polski. Szczęście jak zwykle nas nie opuszczało. Tak jak dojazd do Pragi zajął nam 20 godzin, tak do Gdyni dostaliśmy się w 16.

Jako pierwsza zatrzymała się Czeszka, która zawiozła nas aż o granicy. Trzeba przyznać, iż była niesamowita, można by kolokwialnie rzec: ”wjebana w kosmos”. Przeklinała,miała dwa dredy, do samochodu wołała prrrr, kiedy miał się zatrzymać, a po drodze wpadła po swoje dwa psy, które były naszymi kompanami w dalszej podróży. Szczególnie polubiła nas Agata, która tuliła się do mnie całą drogę. Pierwsze zdanie, które nasza „autobraczka” wypowiedziała do swojego psa brzmiało: Agata! Ty śmierdzisz :D . Na granicy kupiłyśmy kawę w tym samym miejscu co w wakacje, znów przeszłyśmy ją pieszo i próbowałyśmy szczęścia. Udało się, przeurocza para zabrała nad aż do samej Warszawy. Niestety wysadzili nas na Wisłostradzie, co nie było najlepszym miejscem, jednak stamtąd zabrała nas prywatna karetka pogotowia, która wywiozła nas za miasto. Stamtąd do Płońska, zabrał nas pracownik elektrowni, którego syn jest szefem kuchni w jednej z restauracji Magdy Gessler. Tak, w czasie tej podróży zdecydowanie dużo nasłuchałyśmy się o dzieciach. Z Płońska, zgodnie z naszym niesamowitym szczęściem, zabrał nas mieszający od 9 lat w Berlinie Polak, który zawiózł nas aż do samej Gdyni. Było szybko, gdyż jechał około 160km/h. Po drodze jedynie zatrzymaliśmy się na smakującą styropianem kawę, dostałyśmy też próbki perfum.;)

Do domu wróciłam zmęczona, głodna i brudna, ale szczęśliwa. Co prawda niezwykle ciężko będzie się wdrożyć w rytm dnia codziennego, zbliżającą się sesję i nawał obowiązków. Ale takie oderwania od rzeczywistości są niezwykle potrzebne, choćby te tylko 3 dniowe.

Chciałybyśmy podziękować wszystkim naszym kierowcom i ludziom spotkanym na drodze. Bez was byśmy nie dojechały, nie cieszyły się z machania do innych autostopowiczów i nie spędziły miłego czasu. A Praga i Czechy? Zdecydowanie są przepiękne i trzeba tam jeszcze kiedyś pojechać:)

29
kwi
10

Były już plany Ostrawy i wyjazdu w piątek wieczorem. Ostatecznie jednak dostałyśmy się na list e autostopowych mistrzostw Polski i jedziemy. Prago witaj. Bójcie się.
Mnóstwo znajomych 400 uczestników i miła trasa. Jazda dla samej jazdy, namiastka wakacji.
Nie mogę się doczekać, zatem: Prago bój się!:)

27
mar
10

EUROPEJSKI POETA WOLNOŚCI

Długo zastanawiałam się w jaki sposób napisać o zakończonym wczoraj festiwalu: „ Europejski Poeta Wolności”, Mogłabym go opisać obiektywnie, moim niewypracowanym, chyba jeszcze grafomańskim stylem, opisując dzień po dniu, tak jakbym stała z boku. Ale nie stałam boku, uczestniczyłam we wszystkich wydarzeniach od środka i przeżywałam tak samo rozczarowania, radość, rozdrażnienie i zmęczenie.
Medialnie Festiwal rozpoczął się w poniedziałek, organizacyjnie dwa lata temu, dla mnie kilka tygodni temu, na spotkaniu wolontariuszy. Głównym hasłem wydarzenia była wolność. Wolność tak głęboko wpisana w historię Gdańska, Wolnego Miasta, Danziga. Wolność, będąca jedną z najważniejszych wartości. Dewiza festiwalu, została wybrana również ze względu na motto przewodzące Gdańskowi w staraniach o przyznanie tytułu Europejskiej stolicy kultury 2016. Promocja kultury, literatury oraz Gdańska stały się przyczyną do pierwszej edycji Europejskiego Poety Wolności. Do nagrody nominowanych zostało siedmiu poetów, przyjechało 5, jeden nigdy się nie odezwał. Codziennie odbywały się spotkania ze studentami, wieczorki literackie i debaty. Zwiedzanie trójmiasta i imprezy w La Dolce Vita. W końcu gala uświetniona odważną, lecz zarazem niezwykle udaną interpretacją wierszy nominowanych poetów. Nagroda przyznana Uładzimierowi Arłowi.

Masz szczęście,ze trafił Ci się Andros.


Mamy szczęście,ze dostaliśmy Androsa.

Tak, miałam szczęście, choć cale tak z początku nie myślałam. Piątek był dniem, kiedy wszystko się psuło i sypało. Około godziny 20 zadzwoniła do mnie Marta i powiedziała, że o ósmej rano mam odebrać Androsa z lotniska- nie ucieszyłam się gdyż właśnie błam w drodze na Cucumbera, a taksówka nie miała zamiaru przyjechać do Gdyni- czekało mnie więc 3 godziny snu. Było jednak warto, gdyż Andros okazał się prze fantastycznym człowiekiem. Nasz festiwal to kolejne spotkania, dużo humoru, śmiechu i „pierdolę ich” po festiwalu. Imprez w klubach i poczucie jakbyśmy się znali od dawna. Nowe znajomości i cały ogrom gaf z mojej strony. Kolacja z panią ambasador, gala i bankiet na zakończenie.
Niewątpliwie będę się angażować w takie wydarzenie jeszcze wiele razy, bo to nie tylko niesamowite doświadczenia ale i wiele warte znajomości i nowe spojrzenia na świat.

Smutno mi tylko, ze decyzja jury była tak bardzo polityczna, bo któż inny mógłby wygrać jak nie Białorusin- czyż to nie było najbardziej poprawne polityczne? W kuluarach było tylko słychać śmiechy- za dwa lata wgra Albania, wkurzenie Androsa, który twierdził, że wcale nie jest zły i straszne rozżalenie Marii. Jednak nie byli oni dotknięci tym, że nie wygrali, lecz politycznością decyzji.
Było jednak warto, festiwal był intensywnym spotkaniem z poezją, dostarczył mi wielu inspiracji i stał się jednym z kolejnych impulsów zachęcających mnie do działania

Jeśli chcesz być szczęśliwy, rób tak jak czujesz, jeśli nie rób to co Ci każą.

Myślę, że tutaj Andros również miał rację.
Dziękuję za ten tydzień

Rasta one love

one love:))

21
mar
10

zapowiadają się zmiany:
moja aplikacja ostała zaakceptowana:
we wrześniu wyjeżdżam na rok do Splitu!!!

14
mar
10

Pozytywna energia, strumień dobra i żaby przynoszące złoto;P
Kilka ostatnich dni nauczyło mnie wiele i nie wiem dlaczego ale takie chwile zdarzają się właśnie w chwilach życiowych rozjazdów, kiedy już nawet nie chce ci się wstawać z łóżka i niemalże dostajesz ataku szału próbując zrozumieć kim jesteś i czego pragniesz od życia i dlaczego właściwie robisz to co robisz i jesteś tym kim jesteś. Dlaczego jesz, myślisz, oddychasz. Ostatni czas to chwile spędzone z przewspaniałymi ludźmi, którzy dali mi siłę i naładowali moje akumulatorki na kolejnych kilka miesięcy. To odczucia, których nie sposób opisać słowami ( choć wielu stwierdziłoby,że określenie „ nie można opisać słowami” jest nadęte, bo przecież granice myślenia ludzkiego opierają się na granicach jakie stawia mu jego język i zasób jego słownictwa. A jednak mimo wszystko myślę, że ogrom przepełniających mnie emocji nie pozwala na ujęcie wielu stanów w słowa, zdania zawierające jakikolwiek sens)
W środę wieczorem przyjechali do mnie Kasia i Przemek, którzy zupełnie nieplanowo przyjechali na „ Kolosy” ale również i zrobić niespodziankę Betatce. Stop im niezbyt szedł tym razem ( 13 godzin) ale w końcu dojechali do Gdyni i wpadli do mnie. Następnego dnia przyjechała również Sonia z Łodzi, będąca kolejną fascynującą , niezwykle dzielną osobą , która pojawiła się w moim życiu. W czwartek po raz pierwszy udaliśmy się na freeganskie łowy z bardzo dobrym rezultatem- mnóstwo warzyw, w piątek natomiast znaleźliśmy piękne kwiaty i kilka kilogramów jabłek- żyć nie umierać.
Trzy ostatnie dni, to były również- a może przede wszystkim Kolosy- czyli spotkania podróżników. To kolejne piękne przygody i kop w tyłek, aby coś zrobić., To również spotkanie z Chopinem, który ( jakkolwiek głupio i nawiedzenie to zabrzmi) wydziela masę pozytywnej energii i na kilometr czuć od niego dobroć, która ogrzewa Twoje serduszko:) I tak mi się ciepło zrobiło w tej mojej samotności dzięki tym wszystkim ludziom, którzy nie boją ie snuć planów i ofiarowywać uśmiechów ( wszystkich niewymienionych przepraszam)

Ten łikend uświadomił mi jeszcze jedną rzecz i muszę się przyznać tutaj do błędu. Poznałam cudownego mężczyznę, który lubi jeść moje dredy, łapać za palec, że kiedyś tam kiedyś, kiedy będę wystarczająco stabilna emocjonalnie i poznam kogoś z kim mogę podzielić się życiem chcę mieć dziecko. Bo ten właśnie cudowny mężczyzna- Szymek- synek Dżesia i Natalki- uświadomił mi,ze mieć dzieci to cudowna sprawa i niekoniecznie oznacza rezygnację z marzeń. A Szymek kiedyś będzie wielkim podróżnikiem i będzie przysyłał starej ciotce pocztówki.

Kilka dni, mało zdarzeń a tyle ciepła i tyle nauki, której nie zmieściłaby wielka księga. Życie jest zdecydowanie lepszym uniwersytetem niż cała wiedza zawarta w książkach.

25
lut
10

tattofestival 2010

Tattofestival 20-21 luty 2010
Wróciłyśmy w poniedziałek, jak zwykle nie udało nam się po prostu dojechać i wrócić pociągiem, a moje postanowienie to nigdy więcej nie jechać pociągiem- przynajmniej w Polsce ,bo zawsze wynikają z tego tylko same problemy.
Zaczęło się od tego, ze zamiast o 6 rano, do Łodzi dotarłyśmy o godzinie 4, bo w internecie komuś się pomylił czas dojazdu pociągu. W momencie kiedy właśnie okrywałam się płaszczem i zamierzałam iść spać Sandra krzyknęła : „ To jest Łódź” więc w niesamowitej mobilizacji, w przeciągu niepełna minuty zdarzyłyśmy zebrać swoje graty, ubrać buty i wyskoczyć z pociągu. Z Łukaszem umówiłyśmy się na 10 rano, więc w tym czasie zdarzyłyśmy przemarznąć na kość nauczyć się Piotrowskiej na pamięć- zawsze jakieś plusy.:)
Potem, kolo godziny 14 podjechałyśmy pod klub Dekompresja w Łodzi, a jako, że mój brzuch wygrywał już piękne melodie postanowiłyśmy pójść na obiad. Restauracja ta zatrzymała się w czasie jakieś 30 lat temu, a w menu wszystkie danie były mięsne. Jednak nie było problemu w zrealizowaniu naszej prośby dotyczącej dania wegańskiego, a pan kelner wziął nas za jednych z wystawców, prosząc o numerek. Nie powiem, zrobiło mi się bardzo miło, niestety brak mi talentu, aby zostać wystawcą- a szkoda. Tuż przed wejściem spotkałam chłopaków z Blues tattoo i w Łodzi czułam się już jak w domu. Weszłyśmy do Dekompresji i od razu poczułam klimat. Kiedy słyszysz ten dźwięk maszynek rozlegający się w całym klubie, mimowolnie się uśmiechasz. Pierwszego dnia oprócz konkursów na tatuaż – ( mały czaro- biały zdecydowanie mnie rozczarował), był też pokaz mody, a Roni przebrany za księżniczkę się podwieszał, choć szczerze mówiąc spodziewałam się większych hardcorów. Totalnie zmęczone i padnięte wróciłyśmy do domu, troszkę rozmawiałyśmy z Łukaszem, a następnie padnięte zasnęłyśmy przed 22, nie słysząc nawet wrzeszczących dresów za oknem.
Następnego dnia manufaktura i znów Dekompresja. W czasie jedzenia obiadku, spotkałyśmy również Maćka z Leżeć w Gdyni, który w końcu zasiadał w jury, a także miałam okazję pić wódkę z ludźmi z redakcji tattofesta- byli niewiele starsi od nas, więc myślę, że ja się troszkę podszkolę to postaram się tam wkręcić.
Wieczorem niestety musiałyśmy już wracać, ale źle sprawdziłyśmy rozkład i okazało się ,że w Warszawie musimy czekać cztery godziny na pociąg, więc po debacie, rozważając wszelkie za i przeciw postanowiłyśmy wracać stopem. Tym oto sposobem poznałyśmy cudownych ludzi, zdobyłyśmy szanse na bycie „ modelami” na jakimś tattokonwencie no i niestety przeziębiłyśmy się, ale było warto. Przynajmniej w Gdyni byłyśmy o 3.30 a nie o 8 rano, jak by to było gdybyśmy wracały pociągiem.
Kolejny wyjazd zaliczony do udanych. A już niedługo KOLOSY w Gdyni, na które wszystkich serdecznie zapraszam. Betatka będzie miała swój pokaz, przyjedzie też Kasia i Przemek.
Życie jakoś się toczy, w sobotę poprawa z scsu. A potem nadrabianie zaległości. I nie wiem jak to się dzieje, ale niby nie ma wegan nigdzie a jednak są wszędzie. Otóż okazało się, że KTOŚ jest chyba weganinem- pełnia szczęścia:D
zmykam do nauki aaa- psik!:)

02
lut
10

Jeżeli kiedykolwiek twierdziłam,ze się nie zakochuję – kłamałam Ja nie zakochuję się jedynie w mężczyznach, w kobietach zresztą też nie

Ale zakochałam się w wielu miejscach i wielu miastach, a ostatnio zakochałam się w Zagrzebiu- Najpiękniejszym mieście świata. I wcale nie przez architekturę, muzea czy ulice. Są piękne, ale raczej przeciętne, zwyczajne.( bardziej porusza Paryż, Berlin czy też Kazimierz) Zakochałam się w atmosferze, ludziach i języku. Zakochałam się w powietrzu, we wszystkim

Kupiłam bilety, wydałam wszystkie pieniądze

W czwartek, zaraz po egzaminie wyjeżdżam , wyjeżdżam na 10 dni do Zagrzebia i będę oddychać, będę żyć. Żadnego zwiedzania, teatr, medika, kawiarnie i ulice. Rozmowy do rana i rakija i dużo, dużo ciepła.
Wreszcie będę żyć, znów ucieknę na chwilę od życia

Jutro trzeba zrobić popis za pakiranje:)

W drogę!

07
gru
09

Wegański festiwal

Piszę z opóźnieniem bo jak zwykle miliard spraw a głowie. Nie wiem w co włożyć ręce. Zresztą dziś wcale nie mniej roboty, ale mam tak fenomenalny humor, że muszę wreszcie opisac Wrocław.
Trzeba przyznać,ze wegański łikend był fenomenalny. Wyjechaliśmy z Gdańska w piątek z samego rana- nasza wege ekipa. Z lekkim opóźnieniem dotarliśmy na sam początek wegańskiego piątku w kalaczakrze, gdzie wykład miał ( sic!) pewien pan z Hare Kriszna, który chyba wykuł się swoich odpowiedzi na pamięć, bo mówił dokładnie to samo co na Woodstocku, ale może w sumie to plus dla niego, że nie zmienia poglądów. Jednakże nie zmienia to faktu,że pan został wyśmiany przez nasza lożę szyderców. Co na wegańskim likiendzie robił ktoś kto twierdził, ze krowa jest po to, żeby dawać mleko ludziom?!?!
Jednakże potem były bardzo ciekawe wykłady, w tym jeden o podróżach. W kalaczakrze spotkałam się również z – teraz mogę to powiedzieć- najbardziej zakochana na świecie, zaręczoną para – Kasią i Przemkiem. Po spotkaniu poszliśmy spać do Dobrusi ( Maciek i ja), oczywiście znów gadaliśmy do pierwszej w nocy. Potem poszliśmy spać, nie myjąc się bo rury umarły:) Rano, około siódmej otworzyłam zapuchnięte oczy- zobaczyłam w kuchni Dobrusię mówiąca- o jak dobrze,ze już wstałaś, właśnie zaczynam robić sernik. No tak, okazało się,ze w sobotę wieczorem na CRK miał być konkurs gotowana, chwile potem Paweł też coś już pichcił w kuchni. Wypiłam pyszną kawę fair- trade i zabrałyśmy się z Dobrusią do Vegi, gdzie toczyła się kolejna runda dyskusji i wykładów, no i nawet przyszły przepyszne ciacha( a tak sobie obiecywałam,ze będę się odchudzać:)). W Vedze była tez zniżka na jedzonko i wszystko było wegańskie, więc zjadłam naleśniki z tofu za szalone 4 złote z groszami.:) Następnie poszliśmy z Mackiem na spacer, kupiłam jakieś pocztówki. Chcieliśmy tez znaleźć coś freegańskego, ale śmietniki przy hali były ogrodzone, no i pierwszy raz w życiu spotkaliśmy się z samoobsługowymi kasami! Potem poszliśmy do CRK, gdzie były konkursy a potem świetny koncert. Wieczorem zostaliśmy na CRK bawiąc się przy najbardziej obciachowej muzyce świata i stwierdziłam,ze lubię takie miejsca. Wróciliśmy koło 3 a Maciek spał nawet z chłopcami z zespołu:):) ( w pokoju jednym, bez skojarzeń proszę:))
W niedzielę w falansterze Dobrusia miała warsztaty o dyskryminacji, potem kilka kolejnych wykładów i pokazy gotowania Asi i Daniela w Vedze. Wieczorem powrót, po pierwszej byliśmy w Trójmieście. Naprawdę warto było pojechać bo wróciłam naładowana pozytywną energią.

A z ostatnich wydarzeń: byłam na fenomenalnym koncercie Hey- w Sobote, mimo,ze przed koncertem w Uchu wysiadł prąd na pół godziny.
A dzisiaj ktoś zrobił mi wielki prezent:
„ jesteś pojebana, nie wiem jak ro zrobimy, ale tak jedziemy”
Więc jadę do Chorwacji na sylwestra!!
jestem szczęśliwa i znowu mam siłę żyć:)

P.s Foty dodam, jak mi internet zacznie przyzwoicie dziaąłć:)
P.S bierze mnie jakieś choróbsko i zjadłam właśnie główkę czosnku. Żadne potwory nie przyjdą:)

25
paź
09

wege niedziela:P

W niedzielę 25 października, w gdańskim klubie Blaszany Bębenek odbyła się siódma edycja wegetariańskiej niedzieli. Jak zwykle była to okazja zarówno do spotkania trójmiejskich wegan i wegetarian, jak i znakomity sposób na promowanie diety wegetariańskiej. Na uczestników czekała ciepła i radosna atmosfera, a organizatorzy zadbali o szeroką gamę atrakcji oraz znakomite jedzenie. Jak co roku frekwencja byłą imponująca. Blaszany Bębenek pękał w szwach, a co chwile słychać było okrzyki radości z powodu spotkania dawno nie widzianych znajomych, bądź żarliwe rozmowy toczące się przy stolikach. Spotkanie swoją obecnością zaszczycili nie tylko ludzie związani z trójmiejską społecznością wegetarian, ale również osoby dla których wegetarianizm jest jedynie jednym ze znanych terminów. Na wegetariańskiej niedzieli można było zobaczyć przedstawicieli wszystkich grup wiekowych, począwszy od najmłodszych, którzy mogli bawić się w specjalnym kąciku dla dzieci, poprzez młodzież, dorosłych, na seniorach kończąc. Inicjatorzy spotkania- grupa wege3miasto ( wege3miasto.org) zadbali o to aby nikt się nie nudził. Spotkanie zapoczątkował Giuseppe- założyciel pierwszej w Polsce- całkowicie wegańskiej, rzemieślniczej lodziarni. Opowiadał o tym jak został weganinem, jak doszło do powstania lodziarni oraz nakłaniał do wspólnego wyrażania sprzeciwu wobec MC donalda, jednocześnie podkreślając,ze to my jako konsumenci swoimi pieniędzmi popieramy bądź sprzeciwiamy się wykorzystywaniu zwierząt. Po krótkiej przemowie każdy mógł spróbować niezwykle smacznych, w stu procentach naturalnych lodów. Po wystąpieniu Giuseppe uczestnicy mogli posłuchać wykładu dotyczącego witarianizmu, dowiedzieć się o inicjatywie dotyczącej ratowania kotów ze stoczni w Gdyni, skosztować pysznego wegańskiego poczęstunku, zapoznać się z problematyką statusu moralnego zwierząt oraz obejrzeć wyścigi „burgerożerców”- czyli dopingować czterech uczestników zmagających się w kategorii najszybszego zjedzenia trzech tofu-burgerów. Oprócz tych atrakcji w klubie można było również otrzymać wiele materiałów dotyczących praw zwierząt i wegetarianizmu, oraz zakupić wiele wegańskich, bądź promujących weganizm produktów takich jak przypinki, eko-torby, koszulki, filmy, książki i czasopisma. Podczas wegetariańskiej niedzieli odbyła się również licytacja książek „Nakarmić Duszę” Joli Słomy i Mirka Trymbunalaka oraz eko-toreb firmy avocado, z której całkowity dochód poszedł na pomoc bezdomnym trójmiejskim kotom. Tegoroczną- siódmą już edycję wegetariańskiej niedzieli niewątpliwie można zaliczyć do udanych. Pozwoliła ona na spotkanie się trójmiejskich wegetarian, zapoznanie się z ideom wegetarianizmu, jak i również umożliwiła poznanie różnorodności smaków kuchni wegańskiej i witariańskiej. Było to wydarzenie, w którym warto było uczestniczyć.

btw. umeiram z rzejedzenia, tak to ja byłam jednym z 4 burgerorzercówD:D:D

a generalnie zaplecza wegeniedzieli sa miliard razy bardziej interesujące:D




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.