Archiwum kategorii 'swoje'

21
gru
10

Wydarzenia na Białorusi

Z przerażenie śledzę wieści z Białorusi, coś ściska mnie w gardle. Kiedy byliśmy tam latem, wiedziałam,że nie jest to raj, ale tak drastycznych zdarzeń się nie spodziewałam…Choć może jestem naiwna. Jednak to co mnie przeraża równie mocno jak aresztowania i pobicia ludzi, to wszechobecna ignorancja. Wydaje mi się, że Polacy bardziej niż inni nie powinni pozostawać obojętnymi, nie wzruszać ramionami.

Prześledzenie wydarzeń, które teraz mają miejsce na Białorusi, polecam wszystkim tym, od których co chwile słyszę jak to im źle w życiu, jak to jest źle w Chorwacji, w Polsce, jak bardzo są poszkodowani. Irak, Afganistan, Korea- to nas nie dotyka, ale Białoruś jest tuż obok.

03
gru
10

ajmo na put

Nawet nie wiem kiedy i jak uciekło to cztery i pół miesiąca. Znalazłam nowe mieszkanie i nowy dom, a może raczej warto było by rzec, drugi dom. Bardzo się zmieniam i nie wiem czy na lepsze, czy gorsze, czy to wpływ innej kultury, a może naturalny proces „starzenia się”. Dużo pracuję, wiele się uczę, oglądam więcej filmów niż kiedykolwiek w życiu, a w odruchu desperacji zaczęłam nawet czytać książki po chorwacku, bo każdy skrawek papieru zapisany po polsku „połykam” z prędkością światła.
W pięknej Chorwacji jest różnie, czasem cudownie i radośnie, lecz niekiedy płaczę i mam wszystkiego dość. I choć jest mi często ciężko, bo nie ma tu ludzi, których kocham, znam, którzy są dla mnie ważni, to nie żałuję tej decyzji, nawet jeśli czasem mam naprawdę dość. Nigdy nie myślałam, że będę tęsknić za domem, a tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wyjazdu.
Za chwilę wyciągnę z szafy plecak i zacznę się pakować na mój 9 dniowy wyjazd do Serbii. Ostatni razem pisałam o Sarajewie a przecież po drodze był jeszcze Zadar i Bruksela.
Przypadkowe spotkania na lotniskach, ogrom czekolady, mieszkanie wyglądające jak ze starych francuskich filmów, inna mentalność i troszkę miłości.
Tak, to przerażające jak wspomnienia szybko uciekają. Zatem kolejny raz w drogę
-Przed czym ty uciekasz?
-Nie uciekam…

27
paź
10

I tak się stało, że każdego kolejnego dnia usiłuję się zmotywować do jakiegoś większego, bardziej intensywnego samorozwoju i każdego dnia ponoszę porażkę. Należy sobie jedynie zadać pytanie, czy jest to skutkiem aż nadmiernego lenistwa, nieumiejętności organizacji czasu, słabej woli, czy zbyt wielkich wymagań względem siebie. Znów sięgnęłam po czekoladę, znów spałam więcej niż trzeba, kolejny raz nie zdążyłam przeczytać książki i pójść na spacer, znów mam bałagan.W mojej głowie ostatnimi czasy utworzył się aż nazbyt wielki chaos, z jednej strony wiele rzeczy sobie poukładałam, z drugiej pojawiły się nowe wątpliwości i dylematy. Jak widać człowiek nie jest w stanie osiągnąć pełnej stabilności psychicznej, spokoju wewnętrznego i zdecydowanej opinii na wszystko. Być może są i tacy co potrafią, ale ja się do nich nie zaliczam.
Zaczęła się piękna jesień, a ja jakby znów nie mogąc wysiedzieć z domu jadę sobie- choćby na kilka dni, gdzieś daleko, choć wcale nie odpocznę, bo zmęczę się więcej niż siedząc w domu czytając eseje na temat walki o prawa człowieka, czy grubą książkę o pop-arcie. Ale przeżyję znów coś, może nie będzie prawdziwe, może trochę plastikowe, ale zawsze nowe, pouczające, nieznane Mam tylko małe wyrzuty sumienia, że znów lecę samolotem- a nie powinnam, bo przy tej całej ekologicznej obsesji, nagle marnuję wysiłki następnych 20 lat, ale cóż, każdy z nas jest hipokrytą.
Spakowałam mały plecak, ten w który się zwykle nie mieszczę idąc na zajęcia, pokój- nie straszy.
Więc tylko wstać rano, kupić pieczywo i w drogę, bo życie ucieka, a ja wciąż mam wrażenie, że nic z nim do tej pory nie zrobiłam, że zmarnowałam ostatnie 21 lat, że dalej nie wiem czego chcę. I czasem tak sobie zazdroszczę czasów kiedy wiedziałam czego chcę i każdym dniem dążyłam do tego.
Ale dowiem się kiedyś czego chcę prawda?
Zagrzeb → Zadar → Bruksela → Zadar → Zagrzeb

23
paź
10

o jesiennych smutkach i niepewnościach

Przyszła jesień- zimna i deszczowa, a ja nie mam się nawet do kogo przytulić.
Czasem mi smutno, więc czas zapełniam oglądaniem filmów, nauką, gotowaniem pysznych wegańskich obiadków. W słoneczne soboty- takie jak dzisiaj, idę do uroczej kawiarni, na świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, a potem na spacer- zbierać kasztany.
Podoba mi się, że nie jestem wciąż w jednym miejscu, choć zaczyna mnie niepokoić ta nasilająca się potrzeba podróżowania, ale póki co:
28.10-1.11 Zagrzeb → Zadar → Bruksela → Zadar → Zagrzeb
4.12- 12.12 Belgrad
a potem jakieś dwa tygodnie w domu, bo przecież święta

01
wrz
10

W Zagrzebiu zaczęła się jesień, dni są coraz krótsze, a pogoda zrobiła się pochmurno-deszczowa. Mimo że oznacza to koniec lata, mnie jak co roku ogarnęła nutka lekkiego, irracjonalnego podcienia, gdyż wakacje to czas pewnego rodzaju przestoju, a wraz z nastaniem września, zaczynam planować kolejny rok.
Wczoraj w strugach deszczu kupiłam sobie mały parasol w kolorze zielonego jabłuszka, pisałam swoje piękne plany w brulionie z reprodukcją obraz Alfonsa Muchy na okładce. Wraz z nastaniem jesieni myślę o kasztanach i kolorowych liściach, o wieczorach spędzonych pod kocem z kubkiem zielonej herbaty, dobrą książką i świeczkami na oknie. Choć powinna ogarniać mnie depresja, ja znów jestem pełna życia i planów.
Właśnie czytam bloga Betatki i wstyd mi z powodu ilości marnowanego przeze mnie czasu, ale od jutra będzie inaczej, obiecuję sobie. Póki co mnóstwo planów w głowie, przeprowadzka i Sarajewo w poniedziałek.
Choć bardzo tęsknisz i masz chwile zwątpienia musisz żyć, bo warto mieć świadomość, że nie zmarnowałeś ani jednej minuty.

30
sie
10

evs2

Minął już ponad miesiąc od kiedy zamieszkałam w stolicy małego europejskiego państewka z niezwykłym potencjałem. Powoli zaczynam chłonąć jeszcze bardziej jego atmosferę i się w niej zanurzać. To kraj papierosów, wina, kawy i piekarni na każdym kroku, małych ryneczków. W promieniu stu metrów od mojego domu znajduje się około 10 piekarni, a każdy wstępuje i kupujże croissanta, bułkę, czy burek, w drodze do pracy, szkoły, na spotkanie. Przychodzi to naturalnie, choć pieczywo jest dużo droższe niż w Polsce. Co chwile mijasz kawiarenki, z wystawionymi na zewnątrz stolikami, gdzie wszyscy piją kawę, palą papierosy. Spokojnie i bez pospiechu, spóźnienie nie jest jakimś wielkim przewinieniem, wpisuje się w normy. Wino zamiast piwa, bambus. W sklepach z pamiątkami przepiękne hafty, tabliczki z wyrytą głagolicą , licitarske srca, no i oczywiście rakija i lawenda. W muzeum etnograficznym wystawa o kawie.
W piątek skończyły się warsztaty letnie, i choć na początku było mi ciężko, jakoś mi smutno, że to już koniec. Będzie mi brakowało tych plakatów, kłótni i biegania wszędzie. Nawet tego, że czasem bolała mnie głowa od tego hałasu i myślałam, że nie wytrzymam. Ale kiedy poznajesz wspaniałych współprowadzących, kiedy dzieci się do Ciebie przytulają, kiedy dostajesz laurkę i słyszysz masę miłych rzeczy, nawet twoje poddenerwowanie mija, po prostu jesteś szczęśliwa, bo to co robisz ma sens.
Zdarzyłam już trzy razy odwiedzić kino, i spędzić tydzień z najcudowniejszymi ludźmi na świecie, choć czasem mieliśmy małe spięcia, to najważniejsze jest przecież to, że jesteśmy dla siebie bardzo ważni i choćbyśmy się kłócili, to wiemy, że zawsze możemy na sobie polegać. Bo chce żebyście wiedzieli, że gdyby zaistniała taka potrzeba po prostu wsiadałabym w pociąg i przyjechała, bo są rzeczy ważniejsze.
Niedługo wyjazd do Sarajewa i egzaminy na croaticum. Może afro dance, postaram się jak najbardziej zapełnić sobie czas i go wykorzystać, mam nadzieję, że mi się uda.
Zagrzeb jest cudowny, choć znam piękniejsze miasta. Kocham go za atmosferę i ludzi i choć czasem jest mi ciężko i bardzo smutno, bo najważniejszy dla mnie ludzie są bardzo daleko, to jednak cieszę się, że tu jestem.

09
sie
10

EVS part 1

Troszkę nie po kolei dziś
Opisywanie Białorusi, a właściwie moich odczuć związanych z wyjazdem tam, idzie mi bardzo topornie. Można by rzec, że wcale mi nie wychodzi, gdyż jakieś dwa i pół tygodnia temu, kiedy zepsuł mi się komputer, zaczęłam pisać na laptopie Krzysia, a potem jakoś wszystko się rozmyło i nawet nie dokończyłam części pierwszej, acz dziś mam zamiar skończyć. Po drodze wydarzyło się całe mnóstwo rzeczy, wszystko, mimo, że pozornie powoli zaczęło się toczyć niczym błyskawica. Autostopowy wyjazd z Krzysztofem w góry świętokrzyskie, szkolenie w Warszawie, szybka przeprowadzka, zakupy, pakowanie, a później wyjazd do Zagrzebia, na- nie bagatela rok. Pamiętam, że kiedy składałam aplikacje i wysyłałam swoje CV do różnorakich organizacji w Chorwacji, nie miałam nic do stracenia. Byłam zmęczona siedzeniem w Gdyni, uniwersytetem, dniem powszednim, potrzebowałam oderwania od rzeczywistości, a przede wszystkim chciałam się nauczyć czegoś o sobie. Wyobrażałam sobie, że kiedy tu wreszcie przyjdę, nauczę się wielu rzeczy, dowiem się co naprawdę jest dla mnie ważne i w swojej roszczeniowej postawie do życia, zacznę robić to, co daje mi satysfakcję i czego naprawdę pragnę. Co prawda żeby wyjechać na roczny EVS zdaniem wielu potrzeba ogromnej odwagi, ale moim zdaniem to jedna z najłatwiejszych form pomocy samemu sobie i innym. Unia Europejska finansuje Ci przyjazd, wyżywienie, zakwaterowanie, kieszonkowe, telefon komórkowy i na dodatek cały ogrom przeróżnych szkoleń i workcampów. Nie żałuję, że przyjechałam, wiem, że ten wyjazd to dla mnie przeogromna szansa, a dziś kiedy dostałam laurkę formatu A3 od Petry, poczułam, że warto. Albo kiedy dzieci się kłóciły, które z nich obok mnie usiądzie, bądź gdy mówią, Vi ste naša najbolja teta! ( Pani, jest naszą najlepszą panią:)). Już po przyjeździe kilka szkoleń, cały ogrom materiałów, nowi znajomi kilka imprez, i nowa przygoda każdego dnia. Jednak jest mi trudno, kazdego dnia ponowo chcę spakowac walizki i wracać, bo od czasu mojego ( i Luizy i Czerwonego) aplikowania an program wolontariackiej wymiany Europejskiej, moje życie powywracało się do góry nogami i troszkę się boję i bardzo tęsknię, rozwijam też swoje pseudo-talenta literackie, pisząc siedmiostronnicowe, nazbyt patetyczne maile. Nie wiedziałam, że tak ciężko będzie mi zostawić w Polsce wszystko i wszystkich, których kocham i , że wieczór spędzany samotnie w małym pokoiku wcale nie będzie taki przyjemny. Ale przecież muszę dać radę, bo tradycyjnie mówiąc, kto da radę jak nie ja?
Spakowałam się, tak, przy wielkiej panice i stękaniu- „nie zmieszczę się „i uspokajaniu przez Krzysztofa: „pomyśl co możesz zostawić, spokojnie dasz radę, a jak nie to Ci pomogę.” Ostatni wieczór tradycyjnie spędzony z butelką wina, a już rankiem spakowana nie w swoją walizkę i w 60 litrowy plecak z pudełkiem pizzy w ręku, odprowadzona przez mamę, Gosię i Krzysia wsiadłam do pociągu InterCity relacji Gdynia – Warszawa, aby następnie przesiąść się do pociągu pośpiesznego Warszawa- Wiedeń i Wiedeń- Zagrzeb. Tradycyjnie nie obyło się bez opóźnień, i gdyby nie pomoc wszystkich przesympatycznych panów napotkanych na mej drodze, za pewne nie dałabym rady. Spóźniona dwadzieścia osiem minut, wreszcie dotarłam do mojego ukochanego miasta, małej milionowej stolicy Chorwacji- Zagrzebia.
Na dworcu odebrała mnie Vesma, zaprowadziła na stancję, gdzie już drugiego dnia stałam się ukochanym sercem, Inge, uwnuczoną przez siedemdziesięciodwuletnią panią dziewczyną. Potem jakoś się potoczyło. Kilka spotkań na kawę i na piwo, pytania czy przypadkiem nie wiem gdzie można tu kupić trawę, stutysięczne pierwsze pytania o numer telefonu, panowie w wojskowych strojach, przypominających te nasze szlacheckie, zwyczajowe „część, jak się masz?”z kelnerami w pobliskiej kawiarni, karta w bibliotece i codzienne długie maile. Oczywiście również praca w Borovju- to tam odbywam swój roczny wolontariat. Djeca Kuća Borovje to nie tylko miejsce warsztatów dla dzieci i młodzieży, ale również druga siedziba- Hrabritelefon- czyli tłumacząc na język polski Odważny telefon. Bezpłatna linia, dla dzieci maltretowanych, zaniedbywanych, bitych, wykorzystywanych seksualnie. Pracuje tam sztab wolontariuszy i zaledwie kilku etatowych pracowników, ale tak to już bywa w pracy socjalnej.
Oddycham więc Zagrzebiem, zaczynam się oswajać, każdego dnia wieczorem mówię sobie, że będzie lepiej, bo musi być, że zajmę sobie czymś czas, bo niestety mój pracoholizm bardzo wyraźnie daje tu o sobie znać.. A na zakończenie przeuroczy fragment dzisiejszej rozmowy
Mówiłam mojemu przyjacielowi, że pracuję teraz z taką dziewczyną z Polski, która ma dredy i przeuroczo mówi po chorwacku, no i on powiedział,ze nie ma szans- musi Cię poznać.
Bardzo chętnie! Troszkę mi tutaj brakuje towarzystwa.
Tylko czy Tobie nie będzie przeszkadzać, bo on lubi eksperymentować, wiesz trawa, grzyby i te rzeczy. Ale ma przepiękne błąd dredy do pasa i wiesz, odciął kilka i rozciął i nic nie było w środku, czyściutko.
To super, ale wiesz ja mam chłopaka…
Hmm ok, ale i tak musisz go poznać to najbardziej zajebisty koleś na świecie, w końcu to mój przyjaciel
Jasne, z przyjemnością, w ogóle jak chcesz gdzieś skoczyć na kawę, piwo, whatever to ja bardzo chętnie, bo wieczory, a w szczególności łikendy są nie do zniesienia
No jaha
I tym optymistycznym akcentem, będącym znakiem, że zaczyna się zmieniać na lepsze, zakończę ten wpis. I czekam z niecierpliwością, na moich ludzi, którzy zmierzają w kierunku chorwackiego Zagrzebia, mojego miasteczka marzeń.
BTW uważajcie na wariatów z CS, którzy chcą się spotkać o 23 na głównym placu, a jak odmawiasz i proponujesz wcześniejszą godzinę nie dają znaku zycia.

07
cze
10

Kiedy byłam mała czytałam książki Małgorzaty Musierowicz- zapewne jak wiele innych nastolatek. Mając lat czternaście, może piętnaście przeczytałam już cała Jeżycjadę. Pamiętam,że K. mówił, że to głupie książki pisane bez pomysłu i wciąż o tym samym. Być może, ale wiem,że w pewien sposób mnie ukształtowały, że zmieniały moje spojrzenie na świat, że do dziś się powstrzymuję by nie sięgnąć po nie jeszcze raz. Może to dobrze, że nie ma ich w bibliotece.
Pamiętam, że cały cykl przepełniony był ciepłem i optymizmem, ale to co utkwiło najbardziej w mojej pamięci to zielony pokój z domu Bojerkow. Całe swoje życie marzyłam o takim zielonym pokoju, ewentualnie o jaskini ze stowarzyszenia umarłych poetów, lub wielu innych miejsc o podobnym charakterze. Było ich tak wiele, w tych wszystkich książkach, których tytułów dziś nie jestem w stanie nawet przytoczyć. Jednak najbardziej w pamięć wbił mi się ten zielony pokój, wciąż go widzę, wciąż o nim myślę i zastanawiam się czy takie miejsca są możliwe. Rozpracowuję jak wreszcie stworzyć moją własną zmodyfikowaną wersję atmosfery panującej w tych czterech zielonych ścianach. Być może, skoro ludzie o tym piszą, jest to możliwe. Wyobrażam sobie, że leżę na ziemi z głową opartą na dłoniach i popijam herbatkę, co jakiś czas zapalam wiśniowego papierosa, a w środku dużo ludzi – moich przyjaciół. I wszyscy rozmawiamy o błahych, ale arcyważnych dla nas tematach. Potrafmy się pokłócić o poglądy antropologów i godzinami dyskutować o niedawno wystawowej sztuce. Snujemy plany dotyczące przyszłości, wyobrażamy sobie wyimaginowane światy, rozmawiamy o sytuacji społecznej i literaturze, opowiadamy sobie o tych wyśnionych i zrealizowanych podróżach. Nad ranem rozchodzimy się do domów, część zostaje w półśnie na kanapie, fotelu, podłodze w pokoju. A kiedy nadchodzi lato, pakujemy plecaki i kilka złotych do portfela. Łapiemy stopa, bądź wsiadamy w najtańszy pociąg i ruszamy przed siebie. Za mało jemy i połykamy życie wielkimi garściami. A potem, wracamy i czujemy się bezpiecznie w swoim towarzystwie. I każdy, każdy z nas robi coś ze swoim życiem, nikt nie pozostaje w letargu, nikt nie umiera za życia.
Wciąż myślę o tym moim pokoju, o moim domu otwartym i o rozmowach do rana. Marzę, że może kiedyś się uda.
A dziś siedziałam na trawie skręcałam wiśniowego papierosa i żonglowanie znów mi nie wychodziło, i po raz kolejny myślałam o moim świecie oczekiwań. Istnieją takie światy, muszą, bo jakżeby poeci i pisarze mogli opisywać je tak realnie gdyby były bytami nieistniejącymi.
Marzyłam by pisać, marzyłam by robić zdjęcia, chciałam być artystką a tymczasem umieram w powolnej agonii.
Zrób coś dziewczyno, zrób bo niedługo okaże się, że jesteś dorosła.A dorosłośc to synonim śmierci.

06
cze
10

Jednak dość łatwo zburzyć czyjś marzenia, jednym głupim pismem z dopiskiem ”not approved”. I nagle taki człowiek nie wie co się w ogóle stało i co ma ze sobą począć.

Opuszki palców mają zapach tytoniu wiśniowego.

Wczoraj siedziałam na ławce, może była godzina dwudziesta trzecia, a może dwudziesta druga pięćdziesiąt pięć i siedem sekund.
To chyba nie ma znaczenia, choć kto wie.
I rozmawialiśmy sobie, jak te głupie rozpuszczone dzieciaki z tekstów Ruth Benedic- kultura dionizyjska, kultura głupoty. Pamiętam, że P. powiedział wtedy :„ o ja pierdolę”, wstał z ławki i z nerwowym śmiechem, zaczął się przejmować tym, że może nadużył swojego sarkazmu. Powiedziałam- „widzisz i ludzie narzekają”. – „każdy ma swoje problemy”. „- ja tam nie mam, jestem szczęśliwa”
Cóż, dalej nie mogę powiedzieć, że mam jakiekolwiek problemy – skłamałabym.

Tylko, że wczoraj wychodząc pachniałam kokosem, a w torebce miałam plastikowe okulary, przeciwsłoneczne – za dwa złote i pięćdziesiąt groszy – kupione w małym sklepiku tuż obok dworca – najprawdopodobniej wyrób wyzysku.

Życie uczy nas pokory.

Jeszcze wczoraj, czyli w czwartek- trzeciego czerwca roku dwa tysiące dziesiątego, w Boże Ciało, zaczęłam czytać książkę o poetach pokolenia beatników, i nawet całkiem sporo się uczyłam przedtem. Siedząc w swoim małym mieszkanku, z małym oknem, na małe miasto.

Rozpuszony dzieciak

Przez ostatnie dwa miesiące zamykałam wszystkie sprawy, nie przejmowałam się absolutnie niczym, bo przecież już za miesiąc miało mnie tu nie być. Idealny pretekst aby do niczego się nie zobowiązywać, nie planować, nie ponosić odpowiedzialności za to co się rozpoczęło.

Koniec

wiesz, odliczałam dni: dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć

trach!

Nie przepraszasz jeśli tak czujesz i uważasz to za słuszne.

Not approved.

I am really sorry, i haven’t expected that. I am really sad, how are U?

After that e-mail, not really good, my expectations clashed with the reality.

Bum!

Marzenia małej dziewczynki, że wreszcie ucieknie od odpowiedzialności. Od związków emocjonalnych, od uniwersytetu, którego nie lubi, od codziennej rutyny, której nie ma już siły wytrzymać. Od ludzi, którym boi się spojrzeć w twarz, od tego, czego nie wie. Ubzdurała sobie, że jeśli pojedzie tysiąc dwieście, tysiąc dwieście, tysiąc dwieście kilometrów stąd, to może zrozumie czego che. Może będzie mieć w końcu odwagę być sobą. Myślała, że wreszcie nauczy się języka i pokaże wszystkim, że ona też może. Że zda prawo jazdy, nauczy się hiszpańskiego, pozna wspaniałych ludzi, może wreszcie się zakocha?, a co miesiąc będzie się spotykać z L. w Zagrzebiu. Wyobrażała sobie kolorowe szarawary i letnie sukienki. Stragany pełne świeżych owoców i jak to zorganizuj wegański łikend. I przeczyta całe mnóstwo książek.

Ale to były plany

Plany, głupie plany, bo nie słuchała K. kiedy jej mówił, „nie nastawiaj się”. Wcale nie miała dwudziestu jeden lat- no może w dowodzie. Zawsze się nastawiała. A K. się nie nastawiał nigdy i to jemu się zawsze udawało.

„Chyba trzeba sprzątnąć, bo ten dom zaczyna wyglądać jak melina”
„Mam to w dupie, nie chce tu mieszkać.”
„To się zmobilizuj i zamień mieszkania”
„Nic nie rozumiesz, to nie chodzi o mieszkanie.”

I najgorsze, że nie chodzi nawet o to, że tak bardzo chciałam i z pewnością głupca uwierzyłam, że marzenia się spełniają. Nawet nie oto, że realizowała się moja naiwna wizja świata, ten cały idealizm.

Jeśli czegoś bardzo chcesz to to osiągniesz.

Najbardziej boję się tego, że muszę zostać tu i zmierzyć się z rzeczywistością. Znów żyć w zawieszeniu, znów bać się angażować w głębsze relacje między ludzkie, znów zmuszać się do rutyny. Tylko, że teraz nie jestem już małą córeczką, muszę wziąć odpowiedzialność za siebie. Nauczyć się żyć w stanie innym, niż „i tak we wrześniu wyjeżdżam”, stanie trwającym już od trzech lat. Bardzo, bardzo nie chcę dorosnąć. Ogromnie boję się zmierzyć ze światem, który jest nieznany i troszkę mnie przeraża.

Chyba pierwszy raz w życiu zasłoniłam okna bo słońce za mocno świeci.

Jutro będzie dobrze, czas dorosnąć maleńka.

Tylko czemu by nie spakować jednego plecaka, rzucić wszystkiego i wyjechać na kraj świata?

„Once started out
to walk around the world
but ended in Brooklyn.
The Bridge was too much for me
I have engaged in silence
exile and cunning”

William Burroughs

29
kwi
10

Były już plany Ostrawy i wyjazdu w piątek wieczorem. Ostatecznie jednak dostałyśmy się na list e autostopowych mistrzostw Polski i jedziemy. Prago witaj. Bójcie się.
Mnóstwo znajomych 400 uczestników i miła trasa. Jazda dla samej jazdy, namiastka wakacji.
Nie mogę się doczekać, zatem: Prago bój się!:)




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.