Archiwum kategorii 'podróże'

21
gru
10

Nowy Sad

Wsiadłyśmy razem do pociągu i wyruszyłyśmy w stronę Nowego Sadu. Pociąg osobowy, zupełnie normalny, taki jak pociągi osobowe w wielu krajach. Po drodze spisywałam wrażenia z Belgradu, co chwilę spoglądałyśmy za okno, w poszukiwaniu ciekawych widoków- niestety na marne.

Siedziałyśmy naprzeciw siebie, zanurzone w swoich myślach. Razem z nami jechały romskie dzieci i kilku innych pasażerów. Pan konduktor rzucał żarcikami, jak się potem okazało, nie usiałam wcale kupować biletu, wystarczyło dać mu do ręki 150 dinarów, tak aby nikt nie widział.
Toaleta była tradycyjną dziurą w podłodze, do czego już zdążyłam przywyknąć i nie robić z tego powodu wielkiego problemu.

Nowy Sad wydał mi się zupełnie innym od Belgradu, ale jak każde z wielu większych miast zachował tą swoją sprzeczność, różnorodność. Bo gdy wychodzisz z dworca Głównego idziesz przez ulice pełne sklepach, gdzie na wystawach błyszczą tandetne buty i ubrania, dodatki do domu. Gdzieś na ulicy cyganka karmi piersią dziecko i żebrze o kilka dinarów- a ja umieram z zimna, mimo, że jestem z Polski, mimo, że ciepło ubrana w płaszcz, szal, rękawiczki i czapkę.

Doszłam do centrum, które trzeba przyznać jest piękne, choć dziwi fakt,ze na samym środku rynku , bądź co bądź prawosławnego państwa, stoi kościół katolicki, potocznie nazywany „katedralom”- bo tak, jego kształt przypomina katedrę. Stare miasto jest piękne, choć największe wrażenie zrobiły na mnie stare kamieniczki, obok których przechodziłyśmy będąc już po drugiej stronie mostu, formalnie poza Nowym Sadem, podążając w kierunku twierdzy. Tak z mostami też wiąż a się historie bombardowań.

Nowy Sad wydał mi się zupełnie innym światem niż Belgrad, uroczym małym miasteczkiem, gdzie życie zaczyna się późnym wieczorem. Moi hostowie okazali się przecudownymi wegetarianami, którzy pokazali mi miasto. Ni obyło się bez imprezy, bójki w pubie, pogardy w spojrzeniu i słowach barana tłumaczącego mi, że rakija jest zawsze żółta bądź przezroczysta, koncertu hardcorowego. Był też pchli targ- Najlonka- gdzie zaopatrzyłam się w nową torebkę, bluzę i talerz- oczywiście wszystko wygrzebane ze stosu innych starych rzeczy, gdzieś na placu, na ziemi.

Trochę mnie denerwuje, że to moje postrzeganie Serbii i kolejnych miejsc, które odwiedzam jest tak powierzchowne.. Że brakuje czasu… Oglądam zdjęcia Scotta z podróży dookoła świata i choć nigdy nie powiedziałabym, że to ten typ to cholernie mu zazdroszczę…

17
gru
10

Belgrad

Minęło 7 dni od mojego przyjazdu do Belgradu, a ja znów siedziałam na dworcu głównym i czekałam na pociąg do Nowego Sadu. Jak zwykle pytania o taxi :”Only 60 euro to Novi Sad”.Napastliwa oferta i to odwieczne przekonanie, ze turyści zawsze są bogaci. Za bilet do Nowego Sadu zapłaciłyśmy przecież 288 dinarów czyli w przybliżeniu 2,8 euro.
Zdecydowanie nie polubiłam zachwalanego przez wszystkich Belgradu. To podobno nigdy nie zapadające w sen miasto było szare, brudne, mlochowate, zniszczone i biedne, a ludzie wcale nie byli tak uprzejmi jak to zwykła byłam słyszeć.
Weekend spędzony z Nikolą był przesympatyczny. Spacerowaliśmy po mieście, gdzie starsi mężczyźni sprzedają chusteczki higieniczne na ulicy, a chodniki są przepełnione ludźmi. Po dłuższej przechadzce w okropnym mrozie, wstąpiliśmy do “Black Turtle” na piwo jagodowe.
Centrum Belgradu jest, jakby to ujęło wielu “europejskie”. Sztuczne jezioro Ada jest pięknie urządzonym kompleksem sportowym, wielka, wciąż budująca się świątynia “Sava” robi wrażenie, stara twierdza, ulica artystów. Jednak przy wszystkich tych rzeczach, dla nas tak normalnych, w samym centrum celowo zostawiono dwa zniszczone w czasie bombardowań w 1998 roku budynki. “Żeby pamiętać”- powiedział Nikola.
” NATO to jakaś hipokryzja. Organizacja walcząca o pokój, zbombardowała Belgrad, Serbię. Nie patrzyli na to czy to szkoły, szpitale, czy budynki wojskowe. Używali bomb kasetowych. Zrzucasz jedną bombę, a z niej wypada wiele małych bob. Wiesz, na całej tej ulicy szyby były powybijane we wszystkich domach”.
Nikola mówił też o przeciętej płacy 200-300 euro miesięcznie i wielkich różnicach w zamożności mieszkańców Serbii. Stwierdził, że pojęci płaca minimalna nie istnieje.
“Płaca minimalna? Najmniej za godzinę? Przecież tylu ludzi nie ma pracy, że jeśli ci si nie podoba, to na twoje miejsce znajdziemy kogoś drugiego. Co za problem?”
To tylko jeden z punktów widzenia i nie wie czy prawdziwy. Pewnie trochę subiektywny, ale jednak przerażający.

—————————————————————————————————————————-
Po weekendzie spędzonym z Nikolą, przyjeżdżam do hotelu. W pokoju ląduję z Karoliną, więc znów rozmowy i wypad na kawę.
Na treningu słucham historii bałkańskich o Albanii, Bóśni, Macedonii, Czarnogóry i po raz kolejny przekonuję się o tym co pisał Kapal, o czym niektórzy mówili, że Zagrzebiowi bliżej jest do Wiednia niż do Bałkanów. Bo Chorwacja choć nieco odmienna, nie stwarza dla polskiego przybysza szoku kulturowego, jest taka “normalna’ zglobalizowana, podobna.
Słuchając tych wszystkich historii zdałam sobie sprawę jak bardzo zasiedziałam się w Zagrzebiu i że trzeba znów ruszyć w drogę bo tyle nieodkrytych lądów przede mną. Czas przecieka między palcami, a ty nawet nie zauważasz, trzeba go wykorzystać, trzeba wycisnąć do ostatniej kropli.

03
gru
10

ajmo na put

Nawet nie wiem kiedy i jak uciekło to cztery i pół miesiąca. Znalazłam nowe mieszkanie i nowy dom, a może raczej warto było by rzec, drugi dom. Bardzo się zmieniam i nie wiem czy na lepsze, czy gorsze, czy to wpływ innej kultury, a może naturalny proces „starzenia się”. Dużo pracuję, wiele się uczę, oglądam więcej filmów niż kiedykolwiek w życiu, a w odruchu desperacji zaczęłam nawet czytać książki po chorwacku, bo każdy skrawek papieru zapisany po polsku „połykam” z prędkością światła.
W pięknej Chorwacji jest różnie, czasem cudownie i radośnie, lecz niekiedy płaczę i mam wszystkiego dość. I choć jest mi często ciężko, bo nie ma tu ludzi, których kocham, znam, którzy są dla mnie ważni, to nie żałuję tej decyzji, nawet jeśli czasem mam naprawdę dość. Nigdy nie myślałam, że będę tęsknić za domem, a tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wyjazdu.
Za chwilę wyciągnę z szafy plecak i zacznę się pakować na mój 9 dniowy wyjazd do Serbii. Ostatni razem pisałam o Sarajewie a przecież po drodze był jeszcze Zadar i Bruksela.
Przypadkowe spotkania na lotniskach, ogrom czekolady, mieszkanie wyglądające jak ze starych francuskich filmów, inna mentalność i troszkę miłości.
Tak, to przerażające jak wspomnienia szybko uciekają. Zatem kolejny raz w drogę
-Przed czym ty uciekasz?
-Nie uciekam…

27
paź
10

I tak się stało, że każdego kolejnego dnia usiłuję się zmotywować do jakiegoś większego, bardziej intensywnego samorozwoju i każdego dnia ponoszę porażkę. Należy sobie jedynie zadać pytanie, czy jest to skutkiem aż nadmiernego lenistwa, nieumiejętności organizacji czasu, słabej woli, czy zbyt wielkich wymagań względem siebie. Znów sięgnęłam po czekoladę, znów spałam więcej niż trzeba, kolejny raz nie zdążyłam przeczytać książki i pójść na spacer, znów mam bałagan.W mojej głowie ostatnimi czasy utworzył się aż nazbyt wielki chaos, z jednej strony wiele rzeczy sobie poukładałam, z drugiej pojawiły się nowe wątpliwości i dylematy. Jak widać człowiek nie jest w stanie osiągnąć pełnej stabilności psychicznej, spokoju wewnętrznego i zdecydowanej opinii na wszystko. Być może są i tacy co potrafią, ale ja się do nich nie zaliczam.
Zaczęła się piękna jesień, a ja jakby znów nie mogąc wysiedzieć z domu jadę sobie- choćby na kilka dni, gdzieś daleko, choć wcale nie odpocznę, bo zmęczę się więcej niż siedząc w domu czytając eseje na temat walki o prawa człowieka, czy grubą książkę o pop-arcie. Ale przeżyję znów coś, może nie będzie prawdziwe, może trochę plastikowe, ale zawsze nowe, pouczające, nieznane Mam tylko małe wyrzuty sumienia, że znów lecę samolotem- a nie powinnam, bo przy tej całej ekologicznej obsesji, nagle marnuję wysiłki następnych 20 lat, ale cóż, każdy z nas jest hipokrytą.
Spakowałam mały plecak, ten w który się zwykle nie mieszczę idąc na zajęcia, pokój- nie straszy.
Więc tylko wstać rano, kupić pieczywo i w drogę, bo życie ucieka, a ja wciąż mam wrażenie, że nic z nim do tej pory nie zrobiłam, że zmarnowałam ostatnie 21 lat, że dalej nie wiem czego chcę. I czasem tak sobie zazdroszczę czasów kiedy wiedziałam czego chcę i każdym dniem dążyłam do tego.
Ale dowiem się kiedyś czego chcę prawda?
Zagrzeb → Zadar → Bruksela → Zadar → Zagrzeb

14
wrz
10

07
wrz
10

Sarajevo

W czasie podróży chciałam zapisywać, każde spostrzeżenie, kolejny zapamiętany widok, myśli przelatujące nieustannie przez moją głowę i znaczenia rozmów. Zapomniałam pamiętnika, ołówek złamał się- jak na złość. Minął zaledwie dzień- od mojej dziesięciogodzinnej podróży, a ja spędzam swoje urodziny w Sarajewie, pięknym mieście o małych uliczkach, gdzie picie kawy jest swego rodzaju ceremonią. Zaledwie nieco ponad dwadzieścia cztery godziny, a połowa rzeczy umknęła mi z głowy, uczucia, emocje nie są już tak silne. Szkoda, jutro pobiegnę do najbliższego sklepu i kupię kolejny niepotrzebny zeszyt i długopis, żeby tylko móc zapisywać na bieżąco, żeby tylko nie stracić choć minuty.
Ciekawa droga, długa podróż. Dziesięć godzin spędzonych w pociągu, w którym każdy wagon jest innej narodowości. „W tym serbskim grzeją, a w chorwackim są wygodniejsze siedzenia”. Myślałam, że sytuacja, kiedy to mi będzie zimno we wrześniu w Chorwacji nigdy nie nastąpi, jednakże w „chorwackim” wagonie zamarzałam, więc przeniosłam się do tego”serbskiego” z ogrzewaniem. Naprzeciw mnie pani, z wyrazem twarzy wiecznie wyrażającym jakieś złe emocje. Nie potrafiłam tylko rozszyfrować czy to złość, ból, znudzenie życiem, czy po prostu zdegustowanie. Po drugiej stronie młody chłopak, 23 letni Bośniak, którego imienia nie jestem teraz sobie w stanie przypomnieć. Ponad dwu godzinna rozmowa o planach, życiowych ambicjach, celach i wartościach. O Sarajewie i Zagrzebiu, o ludziach, opiniach, sposobach postrzegania świata. Niestety musiał wysiąść. Na tej samej stacji wsiadł również starszy pan o bardzo zdeformowanej twarzy. Zaczęłam czytać- chyba najdziwniejszą książkę jaką w życiu miałam w rękach. No cóż, ale tak kończą się wizyty w bibliotekach, kiedy bierzesz pierwszy z brzegu wolumin z drugiej półki od góry- właśnie na wysokości twojego wzroku. Znudzona wstaję, wychodzę z przedziału i patrzę przez okno. Na każdej stacji dużo zniszczonych wagonów, zarówno tych towarowych, jak i zdemolowanych pasażerskich. Każde z wielkim i dziurami gdzieś na ścianach, niezdatne do użytku. W swojej europejskiej ignorancji zastanawiam się- czy to pozostałości po wojnie, czy po prostu zdezelowane stare wagony? Nazwa każdej miejscowości- z jednej strony cyrylicą, z drugiej łacinką. Potem tuż za oknem widzę dreptające kury, gdzieś dalej kozy, konie, krowy, owce. Typowo wiejska atmosfera. Wszędzie snopy siana, gdzieniegdzie zapadnięte drewniane domy sąsiadujące z nowobogackimi willami ustylizowanymi na styl klasyczny. Wszędzie plakaty, bo właśnie są wybory. Bilbordy, a na jednej stacji widzę ludzi ubranych na czerwono, pierwotnie myślałam, że to kibice, później okazało się ,że to członkowie/sympatycy politycznej partii SDP.
Piękne krajobrazy, skały, meczety, gdzieniegdzie cerkwie. Kiedy tak stoję i rozmarzonym wzrokiem wyglądam przez wpół otwarte okno jakiś chłopak woła mnie z przedziału obok. Siadam i tym razem toczą się rozmowy z Bośniakami. Dużo śmiechu, częste powtarzanie z mojej strony „wolniej, proszę Cię”, kolejny raz macanie dredów:” bo ja wieśniak jestem, nigdy na żywo nie widziałem”. Współtowarzysze wysiadają, zostaje jeden chłopak, mówię, że muszę wracać do swojego przedziału bo na zbyt długo zostawiłam swoje rzeczy bez opieki. Po pół godziny pukanie w szybę przedziału z okrzykiem” cześć, milej drogi, cudownego Sarajewa”.
Wychodzę znów, bo co jak co, ale 9 godzin nieustannego siedzenia w pociągu nie jestem w stanie wytrzymać. Wychodzi za mną chłopak, nowy pasażer naszego przedziału, jak się później okazuje Serb z nowego Sadu, student 2 roku kartografii. Typ zupełnego zaprzeczenia stereotypowego Bałkańca. Miłe rozmowy i wspieranie mnie kiedy dowiaduję się, że pociąg spóźni się ponad godzinę- tu również, jak w Polsce, nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
Dojechałam, wreszcie, wysiadam, trochę poddenerwowana, trochę zestresowana. Panowie taksówkarze na mnie cmokają i gwiżdżą. Jako, że jestem lekko podirytowana, rzucam im małą wiązankę chorwackich przekleństw o ogólnym przesłaniu ”odpierdolcie się kurwa”. O dziwo zła energia, którą z siebie wyrzuciłam nie wraca do mnie – wręcz przeciwnie. Znów doświadczam dobra. Pytam jakąś panią, jak mogę dotrzeć do Ilidži, a ona mówi, że akurat tam jedzie i zabiera mnie tramwajem na miejsce, aby następnie wskazać lokalizację naszego hotelu. Widzę cztery gwiazdki i myślę sobie- o ironio, szkoda mi na taksówkę a będę spać w cztero-gwiazdkowym hotelu. Melduję się, zostawiam rzeczy i już biegnę na spotkanie integracyjne, na którym okazuje się, że połowa wolontariuszy to Polacy. Miłe zabawy, a potem idziemy na sarajevsko pivo, by koło północy wrócić do Hotelu. W międzyczasie dziewczyny podrywają uroczego kelnera, co dla mnie wydaje się nieco dziwne, ale co kto lubi. Krótka rozmowa z Krzysiem, życzenia urodzinowe, prysznic, rozmowy z Dagną i idę spać około 3 rano.
1 dzień
Szkolenia i kolejne zabawy aktywacyjne, kawa i krótkie zakupy w pobliskim outlecie, bo przecież potrzebuję skarpetek, a tutaj mogę kupić parę za złotówkę. Po zakończonym dniu szybka kolacja i wraz z Karoliną ( która na marginesie tez bardzo dużo podróżuje) decydujemy się do wyruszenia na miasto Większość jedzie na mecz Francja- Bośnia, niektórzy zostają w pokojach oglądając filmy, my postanowiłyśmy odkrywać nocne Sarajewo. Pan próbujący wcisnąć nam drogą dżezwę, meczety podzielone na część męską i żeńską, kobiety w chustach, ciasne uliczki, tandetne pamiątki i pita s krumpirom. Na końcu znajdujemy sympatyczna kawiarnię, gdzie możemy kupić bosanską kafę, zaparzoną w małych dżezwach, gdzie picie jej to cały rytuał. Specjalnie zaparzona kawa kosztuje jedynie około 1,5 marki co w przybliżeniu daje około trzech złotych. Pytam pana, jak dokładnie powinnam ją pić, właściciel po krotce mi to objaśnia, a potem sympatycznie się śmieje i mówi, że muszę mimo wszystko udoskonalić swoje umiejętności picia kawy po bosanku. Cały rytuał polega na tym, że na miedzianym talerzyku dostajesz małą filiżaneczkę, dżezwę napełnioną kawą i małą cukierniczkę napełnioną czymś w rodzaju kostek cukru. Maczasz je leciutko w kawie, następnie wkładasz do ust i pijesz przez to kawę. W bardzo śmieszny i przyjemy sposób rozpuszcza Ci się to ustach i daje słodki, przyjemny smak mocnej, słodzonej kawy, którą pijesz małymi łyczkami i porcjami. W trakcie naszej próby rytualnego picia kawy przy stoliku obok siada dwóch panów. Jak się później okazuje z Persji. Rozmawiamy spokojnie, ja częściowo tłumaczę, dowiaduję się, że pan studiował medycynę w Zagrzebiu, ale jej nie skończył bo zostało mu jeszcze osiem egzaminów i nie miał wystarczająco dużo siły i motywacji, żeby zostać doktorem medycyny. Potem krótkie opowiadania o historii i Polakach w Iranie, o Bogu dobra i zła. Kiedy chcemy już opuszczać przecudowną kawiarnię panowie mówią, żebyśmy nie płacili. Uprzejmie, żeby nikogo nie urazić oponuję. Ale pan jest asertywny i na końcu odchodzimy nie płacąc za kawę. Wędrując z powrotem na przystanek wąskimi uliczkami Sarajewa kupuję pitę s krumpirom i wsiadamy w tramwaj. Potem tylko rozmowy o podróżach i umawiamy się, że jutro szybciej jemy kolację i szybko uciekamy same do centrum, bo w więcej osób nie masz szans na poznanie tylu osób i właściwe poznanie miasta. Zobaczymy jak dalej będzie wyglądało odkrywane tego niesamowitego miejsca. Urodzinowe pozdrowienia z Sarajewa.
P.S Znowu morze dobra, serdeczności i pozytywnej energii. Nikt mi nie wmówi,że ludzie są źli. Nie dobre rzeczy ciągle się wydarzają, ale cały świat przepełniony jest przeogromną liczbą bezinteresownych ludzi, którzy zawsze zwrócą się do Ciebie z uśmiechem i dobrymi intencjami.

30
sie
10

evs2

Minął już ponad miesiąc od kiedy zamieszkałam w stolicy małego europejskiego państewka z niezwykłym potencjałem. Powoli zaczynam chłonąć jeszcze bardziej jego atmosferę i się w niej zanurzać. To kraj papierosów, wina, kawy i piekarni na każdym kroku, małych ryneczków. W promieniu stu metrów od mojego domu znajduje się około 10 piekarni, a każdy wstępuje i kupujże croissanta, bułkę, czy burek, w drodze do pracy, szkoły, na spotkanie. Przychodzi to naturalnie, choć pieczywo jest dużo droższe niż w Polsce. Co chwile mijasz kawiarenki, z wystawionymi na zewnątrz stolikami, gdzie wszyscy piją kawę, palą papierosy. Spokojnie i bez pospiechu, spóźnienie nie jest jakimś wielkim przewinieniem, wpisuje się w normy. Wino zamiast piwa, bambus. W sklepach z pamiątkami przepiękne hafty, tabliczki z wyrytą głagolicą , licitarske srca, no i oczywiście rakija i lawenda. W muzeum etnograficznym wystawa o kawie.
W piątek skończyły się warsztaty letnie, i choć na początku było mi ciężko, jakoś mi smutno, że to już koniec. Będzie mi brakowało tych plakatów, kłótni i biegania wszędzie. Nawet tego, że czasem bolała mnie głowa od tego hałasu i myślałam, że nie wytrzymam. Ale kiedy poznajesz wspaniałych współprowadzących, kiedy dzieci się do Ciebie przytulają, kiedy dostajesz laurkę i słyszysz masę miłych rzeczy, nawet twoje poddenerwowanie mija, po prostu jesteś szczęśliwa, bo to co robisz ma sens.
Zdarzyłam już trzy razy odwiedzić kino, i spędzić tydzień z najcudowniejszymi ludźmi na świecie, choć czasem mieliśmy małe spięcia, to najważniejsze jest przecież to, że jesteśmy dla siebie bardzo ważni i choćbyśmy się kłócili, to wiemy, że zawsze możemy na sobie polegać. Bo chce żebyście wiedzieli, że gdyby zaistniała taka potrzeba po prostu wsiadałabym w pociąg i przyjechała, bo są rzeczy ważniejsze.
Niedługo wyjazd do Sarajewa i egzaminy na croaticum. Może afro dance, postaram się jak najbardziej zapełnić sobie czas i go wykorzystać, mam nadzieję, że mi się uda.
Zagrzeb jest cudowny, choć znam piękniejsze miasta. Kocham go za atmosferę i ludzi i choć czasem jest mi ciężko i bardzo smutno, bo najważniejszy dla mnie ludzie są bardzo daleko, to jednak cieszę się, że tu jestem.

30
sie
10

Białoruś part 2

Śniadanie na uczelnianej stołówce, później spotkanie z opiekunami i panią dziekan. Witajcie na naszej pięknej radzieckiej ziemi. Potem, w czasie wyjazdu kilka wycieczek, ciepłe przywitanie w macierzy polskiej, pełne goryczy spotkanie w szkole polskiej, rozmowa z panią dziennikarką, gdzieś w parku, bez świadków. Mecze w miejscu obstawiania zakładów, tanie piwo i rozmowy z „miejscowymi”, którzy zarzekali się, że nie władają językiem białoruskim. Święto narodowe- trzeciego lipca- wkroczenie Armii Czerwonej na Białoruś. Wszędzie zielono-czerwone flagi, występy zespołów folklorystycznych i wojskowa kasza z chlebem. Wycieczka do przepięknych Bohaterowicz, rozmowa ze wzruszoną panią Bohaterowiczową, muzeum Adama Mickiewicza i stos bzdur, drugie muzeum i tym razem fenomenalne zwiedzanie w przezabawny sposób. Ambasada i muzeum Nałkowskiej, małe galeryjki, stary,zaniedbany cmentarz i przepiękna- w połowie drewniana cerkiew, obrządek prawosławny przyprawiający o ciarki na skórze. Wieczorki poetyckie przy winie i świecach, wieczorne rozmowy i śpiewanie na balkonie. To dziwne, minął zaledwie miesiąc a mi tak wiele umknęło z głowy. Najbardziej przerażą mnie to, że mogę opisywać Białoruś, Grodno, którego tak naprawdę nie poznałam. Mogę przytaczać swoje odczucia, wspominać odwiedzone miejsca, ale Białoruś nie jest ziemią, która od razu rzuca się w twoje objęcia i opowiada wszystko o sobie. To sfera złożona z dwóch światów, fasady i tego co jest wewnątrz wszystko diametralnie się od siebie różni. Grodno zachowywało rezerwę, trzymało a dystans, bało się pozwolić poznać, bo jeszcze odkryłbyś prawdę, jakakolwiek by ona nie była. Kiedy już Ci się wydaje,że je poznajesz, ono śmieje się Tobie w twarz i pokazuje,ze jest na odwrót.
Czekając przed wejściem na uczelnię widzisz dziewczyny w dwunasto-centymetrowych obcasach, o nienagannej sylwetce, przykrótkich sukienkach, dużych dekoltach i dość mocnym makijażu. Chłopcy o równo przystrzyżonych fryzurach. Zupełnie inny kanon piękna, mi osobiście nie odpowiadający, lecz od razu należy zauważyć, że taki wygląd nie świadczy o wnętrzu. Czasem wieczorem w jakimś pubie czy w parku, możesz dostrzec chłopców z krastem, w dredach, z tunelami i dziewczyny ubrane w bardziej rockowym stylu. Jednak nie naliczyłabym ich więcej niż dwudziestu. Nie wiem z czego wynika ten brak rzucającej się w oczy alternatywy. Może wciąż jest się przeciw czemu buntować i nie potrzeba odmiennych strojów, a może wyróżnianie się nie jest dobrze postrzegane, lub wręcz niemożliwe, a może najzwyczajniej w świecie”alternatywa” nie odpowiada gustom mieszkańców Grodna.
Grodno to miast liczące około 300 tys mieszkańców, lecz kiedy się tam znajdujesz odnosisz wrażenie, że znalazłeś się w małym dwudziestotysięcznym miasteczku. Pozornie jest tak samo, w sklepach kupisz coca-colę, dużo samochodów na ulicach, kilka pomników, uniwersytet. Lecz pierwsza rzecz, która bardzo mocno Cię uderza i mimo, że niesamowicie pozytywna, wywiera na tobie poczucie lekkiego skrepowania- mianowicie czystość. Na ulicy nie widzisz rzuconego papierka, papierosowego niedopałka, czy chociażby przyklejonej gumy do żucia. Niesamowite, nie wiem jak osiągnięte, niespotykane. Spacerując główną ulicą tego miasta nie natrafisz na sklepy z pamiątkami, możesz kupić tylko jeden rodzaj pocztówek, a sklepy są tylko no-name, jakby bali się wciąż wprowadzić na rynek korporacyjne zachodnie marki.( tak wiem jakie to ma podłoże) Podobno w Białorusi nie wolno zakładać prywatnych firm i wykupywać ziemi. Kilka restauracji, pubów, kawiarni, wszystko można policzyć na palcach, jedynie kilka, i znów nie wiesz czemu. Czy dlatego, że ludzi nie stać, są niedochodowe, „stanowią zagrożenie”, a może to właśnie to kilka, żeby stworzyć wrażenie , że jest „normalnie”, jak na zachodzie, choć przecież normalność jest pojęciem względnym. Ceny, celowo bądź nie,(skutek wielkiej inflacji) również sprawiają wrażenie dobrobytu, bo chociażbyś nie miał dostatecznie dużo pieniędzy, żeby kupić chleb, Twój portfel może pękać w szwach, paczka papierosów jest tańsza od gumy do żucia, a dobrą wódkę kupisz za osiem złotych.
Białoruś jest krajem do którego chciałabym wrócić, poznać, w sposób kiedy każdy nie próbuje mi narzucić swojej własnej propagandy Jest to kraj fascynujący, gdzie polakiem jest każdy katolik, choćby nie umiał wypowiedzieć słowa po polsku. Kraj przepięknych cerkiew i śpiewu, strojów ludowych. Pełen sprzeczność i otwarcie zamknięty na resztę świata. Odizolowany. Chciałabym wiedzieć, jak potoczą się losy państwa, którego mieszkańcy wstydzą się mówić w swoim języku, gdzie ludzie nie zarabiają zbyt wiele, który wciąż nie poddał się do końca globalizacji, do którego aby wjechać potrzebujesz wizy, której wcale tak łatwo nie otrzymasz. Wiem, że kiedyś dostanę wizę i pojadę, właśnie na te wioski, i do Mińska i sama będę słuchać i obserwować, choć nie wiem jak wiele czasu trzeba by poznać ten kraj, niby tak podobny do Polski, a jednak tak bardzo rózny.

09
sie
10

EVS part 1

Troszkę nie po kolei dziś
Opisywanie Białorusi, a właściwie moich odczuć związanych z wyjazdem tam, idzie mi bardzo topornie. Można by rzec, że wcale mi nie wychodzi, gdyż jakieś dwa i pół tygodnia temu, kiedy zepsuł mi się komputer, zaczęłam pisać na laptopie Krzysia, a potem jakoś wszystko się rozmyło i nawet nie dokończyłam części pierwszej, acz dziś mam zamiar skończyć. Po drodze wydarzyło się całe mnóstwo rzeczy, wszystko, mimo, że pozornie powoli zaczęło się toczyć niczym błyskawica. Autostopowy wyjazd z Krzysztofem w góry świętokrzyskie, szkolenie w Warszawie, szybka przeprowadzka, zakupy, pakowanie, a później wyjazd do Zagrzebia, na- nie bagatela rok. Pamiętam, że kiedy składałam aplikacje i wysyłałam swoje CV do różnorakich organizacji w Chorwacji, nie miałam nic do stracenia. Byłam zmęczona siedzeniem w Gdyni, uniwersytetem, dniem powszednim, potrzebowałam oderwania od rzeczywistości, a przede wszystkim chciałam się nauczyć czegoś o sobie. Wyobrażałam sobie, że kiedy tu wreszcie przyjdę, nauczę się wielu rzeczy, dowiem się co naprawdę jest dla mnie ważne i w swojej roszczeniowej postawie do życia, zacznę robić to, co daje mi satysfakcję i czego naprawdę pragnę. Co prawda żeby wyjechać na roczny EVS zdaniem wielu potrzeba ogromnej odwagi, ale moim zdaniem to jedna z najłatwiejszych form pomocy samemu sobie i innym. Unia Europejska finansuje Ci przyjazd, wyżywienie, zakwaterowanie, kieszonkowe, telefon komórkowy i na dodatek cały ogrom przeróżnych szkoleń i workcampów. Nie żałuję, że przyjechałam, wiem, że ten wyjazd to dla mnie przeogromna szansa, a dziś kiedy dostałam laurkę formatu A3 od Petry, poczułam, że warto. Albo kiedy dzieci się kłóciły, które z nich obok mnie usiądzie, bądź gdy mówią, Vi ste naša najbolja teta! ( Pani, jest naszą najlepszą panią:)). Już po przyjeździe kilka szkoleń, cały ogrom materiałów, nowi znajomi kilka imprez, i nowa przygoda każdego dnia. Jednak jest mi trudno, kazdego dnia ponowo chcę spakowac walizki i wracać, bo od czasu mojego ( i Luizy i Czerwonego) aplikowania an program wolontariackiej wymiany Europejskiej, moje życie powywracało się do góry nogami i troszkę się boję i bardzo tęsknię, rozwijam też swoje pseudo-talenta literackie, pisząc siedmiostronnicowe, nazbyt patetyczne maile. Nie wiedziałam, że tak ciężko będzie mi zostawić w Polsce wszystko i wszystkich, których kocham i , że wieczór spędzany samotnie w małym pokoiku wcale nie będzie taki przyjemny. Ale przecież muszę dać radę, bo tradycyjnie mówiąc, kto da radę jak nie ja?
Spakowałam się, tak, przy wielkiej panice i stękaniu- „nie zmieszczę się „i uspokajaniu przez Krzysztofa: „pomyśl co możesz zostawić, spokojnie dasz radę, a jak nie to Ci pomogę.” Ostatni wieczór tradycyjnie spędzony z butelką wina, a już rankiem spakowana nie w swoją walizkę i w 60 litrowy plecak z pudełkiem pizzy w ręku, odprowadzona przez mamę, Gosię i Krzysia wsiadłam do pociągu InterCity relacji Gdynia – Warszawa, aby następnie przesiąść się do pociągu pośpiesznego Warszawa- Wiedeń i Wiedeń- Zagrzeb. Tradycyjnie nie obyło się bez opóźnień, i gdyby nie pomoc wszystkich przesympatycznych panów napotkanych na mej drodze, za pewne nie dałabym rady. Spóźniona dwadzieścia osiem minut, wreszcie dotarłam do mojego ukochanego miasta, małej milionowej stolicy Chorwacji- Zagrzebia.
Na dworcu odebrała mnie Vesma, zaprowadziła na stancję, gdzie już drugiego dnia stałam się ukochanym sercem, Inge, uwnuczoną przez siedemdziesięciodwuletnią panią dziewczyną. Potem jakoś się potoczyło. Kilka spotkań na kawę i na piwo, pytania czy przypadkiem nie wiem gdzie można tu kupić trawę, stutysięczne pierwsze pytania o numer telefonu, panowie w wojskowych strojach, przypominających te nasze szlacheckie, zwyczajowe „część, jak się masz?”z kelnerami w pobliskiej kawiarni, karta w bibliotece i codzienne długie maile. Oczywiście również praca w Borovju- to tam odbywam swój roczny wolontariat. Djeca Kuća Borovje to nie tylko miejsce warsztatów dla dzieci i młodzieży, ale również druga siedziba- Hrabritelefon- czyli tłumacząc na język polski Odważny telefon. Bezpłatna linia, dla dzieci maltretowanych, zaniedbywanych, bitych, wykorzystywanych seksualnie. Pracuje tam sztab wolontariuszy i zaledwie kilku etatowych pracowników, ale tak to już bywa w pracy socjalnej.
Oddycham więc Zagrzebiem, zaczynam się oswajać, każdego dnia wieczorem mówię sobie, że będzie lepiej, bo musi być, że zajmę sobie czymś czas, bo niestety mój pracoholizm bardzo wyraźnie daje tu o sobie znać.. A na zakończenie przeuroczy fragment dzisiejszej rozmowy
Mówiłam mojemu przyjacielowi, że pracuję teraz z taką dziewczyną z Polski, która ma dredy i przeuroczo mówi po chorwacku, no i on powiedział,ze nie ma szans- musi Cię poznać.
Bardzo chętnie! Troszkę mi tutaj brakuje towarzystwa.
Tylko czy Tobie nie będzie przeszkadzać, bo on lubi eksperymentować, wiesz trawa, grzyby i te rzeczy. Ale ma przepiękne błąd dredy do pasa i wiesz, odciął kilka i rozciął i nic nie było w środku, czyściutko.
To super, ale wiesz ja mam chłopaka…
Hmm ok, ale i tak musisz go poznać to najbardziej zajebisty koleś na świecie, w końcu to mój przyjaciel
Jasne, z przyjemnością, w ogóle jak chcesz gdzieś skoczyć na kawę, piwo, whatever to ja bardzo chętnie, bo wieczory, a w szczególności łikendy są nie do zniesienia
No jaha
I tym optymistycznym akcentem, będącym znakiem, że zaczyna się zmieniać na lepsze, zakończę ten wpis. I czekam z niecierpliwością, na moich ludzi, którzy zmierzają w kierunku chorwackiego Zagrzebia, mojego miasteczka marzeń.
BTW uważajcie na wariatów z CS, którzy chcą się spotkać o 23 na głównym placu, a jak odmawiasz i proponujesz wcześniejszą godzinę nie dają znaku zycia.

09
sie
10

BIałoruś part 1

Minęło już kilka dni od powrotu z Białorusi a ja wciąż nie mogę się zabrać za opisanie tego wyjazdu. Gdzieś w moim dzienniku znajdują się zapisane dzień po dniu notatki, lecz takowe najlepiej czyta się po kilku miesiącach, latach i wtedy bardzo łatwo zauważyć, że z upływem każdej chwili stajemy się innymi ludźmi, przyjmujemy nowe wartości, punkty widzenia. Mimo to, a może właśnie dlatego, skrupulatnie opisuję swoje wyjazdy w niezbyt grubym brulionie, ale również dlatego, że bardzo się boję każdej umykającej z mojej pamięci chwili, po której często zostaje tylko rozmazane wspomnienie.
Byliśmy tam w dwunastkę, w większości poloniści, więc zapewne wielu z nas opisało to w swoich zeszytach, pamiętnikach, głowie i na blogach. Każdy, jako człowiek obdarzony innym bagażem doświadczeń odebrał to miejsce na swój własny indywidualny sposób.
Nie lubię X za to, że swoje podróże traktuje jako formę ucieczki, nie lubię takich ludzi.
Ale oczywiście, że jest to forma ucieczki, tylko myślę, że nie ma w tym nic złego, bo każdy potrzebuje czegoś żeby się zdystansować, oderwać na chwilę od świata i nie ważne czy to wyjazd, chlanie w pubie, czytanie książki czy też podroż właśnie.
Nie rozumiesz o co mi chodzi. Ty zresztą masz taki sam sposób podróżowania jak on.
Nie powiedziałabym tego. Nasze wyjazdy rożni miliard rzeczy- forma, cel, miejsca…
Ale chodzi o to, że oboje uciekacie.
Tak, zgodzę się- uciekam, ale czy jest w tym coś złego? Łatwiej jest uciec, każdy robi to na swój własny sposób. Zresztą wtedy dopiero człowiek czuje, że żyje. Nie wiem, jak na przykład siedzę cały dzień na uniwersytecie, uczę się, jest sesja, kolokwia, mimo, że uwielbiam moje studia to czuję, że życie przecieka mi między palcami, nie czuję, że żyję.
Tak właśnie o to chodzi, widocznie nie umiesz znaleźć niczego co cię interesuje, albo najzwyczajniej w świecie nie interesuje cię nic. Widocznie nie umiesz żyć.
Myślę, że nikt z nas nie ma prawa oceniać tego jak żyją inni. Mimo, że pozornie mnie to nie dotknęło, dlatego chociażby, że uważam inaczej, zrobiło mi się przykro, że tak jestem odbierana, zwłaszcza przez kogoś, kogo przez długi czas uważałam za osobę dość mi bliską. Bo prawdą jest, że moje nieustanne wyjazdy są formą ucieczki, ale też realizacją tego co nazywamy niespokojnym duchem, poczuciem lekkiego, naiwnego, europejskiego nomadyzmu. Gdyż chodzi też o to, że wiele się uczę, każda rozmowa (a ich akurat nie brakuje) każdy dzień, nowe miejsce, nowa, kultura, zmieniają moje postrzeganie świata. Nagle starasz się nie wartościować, usiłujesz rozumieć, zmieniasz sposób myślenia, dostrzegasz więcej. Coraz mniej jest rzeczy czarno-białych, coraz rozważniej dobierasz słowa. Białoruś zatem, była moją kolejna przygodą, lub jak wolisz ucieczką, może nie tak ukochaną jak pozostałe, zupełnie nie w moim stylu, inaczej niż lubię. Uważam, że przez te dwa tygodnie mogłabym się nauczyć, zauważyć i poznać o wiele więcej. Z drugiej jednak strony, mimo iż wiele umknęło mojej uwadze, często było bezrefleksyjnie, za dużo muzeów, które minie nie interesowały, lekkiej izolacji, było warto. Przede wszystkim dla wspaniałych ludzi, których poznałam, dla rozmów późno w nocy, które nie zawsze były o niczym, dla możliwości przebywania w kraju, do którego wcale tak łatwo nie jest się dostać. W państwie pozornie bardzo podobnym do Polski, niemalże identycznym, w miejscu, które trudno poznać, którego określenie sprawia trudności, którego nie potrafię zdefiniować.
Po raz pierwszy ciężko mi było wyjechać, gdyż ostatnimi czasy mój mały dziecinny świat wywrócił się do góry nogami. Zmienił się charakter niektórych ważnych dla mnie znajomości, wiedziałam, że zostanie mi dziesięć dni w Polsce. Z głową pełną stereotypów udałam się na pociąg Tanich Linii Kolejowych, aby następnie z kilkoma przesiadkami ruszyć do Grodna.
W pociągu okazało się, ze nie do końca jest tak,ze nikogo nie znam, bo z dwunastu osób pięcioro było moimi znajomymi, a w środku podróży doznałam szoku, gdyż okazało się, że drugim opiekunem jest pan magister D. Podroż przebiegła spokojnie, do Białegostoku, szybka pizza i salon odnowy biologicznej w wydaniu pana magistra- czytaj fryzjer na dworcu, potem już szynobus do Kuźnicy i przesiadka. Na dworcu w Kuźnicy przeszliśmy na dugi peron odgrodzony aluminiową siatką, aby wsiąść do pociągu przypominającego nasze trójmiejskie Skm-ki, tyle, że z sufitu odpadała farba a w środku, podróżowało kilka babuszek, w miejsce wiecznie zabieganych Gdańszczan. Co chwilę dziwne dźwięki, jakby coś miało się zepsuć, półmrok, kontrola paszportowa. Bach, tarch! Gaśnie światło. Tak, jesteśmy już na granicy. Światło znów się zapala, jednak tym razem w miejsce półmroku pojawia się niezdrowa jasność jarzeniówek. Kolejna kontrola, pytania w jakim celu, ilu nas jest, sprawdzanie ubezpieczeń. Normalna procedura, jednak w mojej głowie, tak bardzo starającej się być bez uprzedzeń, stereotypy zaczynają o sobie przypominać i pojawia się lekki irracjonalny strach. Czy aby na pewno wzięłam ubezpieczenie, czy dobrze wypełniłam kartę meldunkową? Godzina 23 czasu białoruskiego i 22 czasu polskiego. Wychodzimy na dworzec, zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam, tymczasem przed nami wyłania się dość znacznych rozmiarów budynek, mający w sobie cechy budownictwa socjalistycznego. Wchodzimy do przedsionka, celnik prosi nas abyśmy się przesunęli w prawo, bo kolejka jest za długa. Trach! zatrzaskują się drzwi, a w mojej głowie kolejne schizofreniczne myśli, aż mi wstyd kiedy myślę, jak bardzo człowiek jest podatny na głupie manipulacje. Stanowiska kontroli celnej, napis w trzech językach, co prawda z błędami, mówiący: Wszelkie wartościowe przedmioty pozostawione w paszporcie będą traktowane, jako próba przekupstwa, bądź niesłusznej próby wynagrodzenia celnika, i grożą poniesieniem odpowiedzialności karnej. Później uważne studiowane paszportów, na szczęście obyło się bez rewizji. Wychodzimy na halę główną, specyficzny wielkie fotele, przeogromne żyrandole o wątpliwych walorach estetycznych, kilku śpiących, bądź siedzących młodych chłopaków w mundurach. Na miejscu już czaka na nas nasz opiekun, zawożą nas do położonych nieopodal akademików. Trzeba dać zdjęcia, nie mogę znaleźć, jak zwykle. Zakwaterowanie w całkiem ładnych pięcioosobowych pokoikach z kuchnią, balkonem i łazienką. Jeszcze krótkie rozmowy integracyjne i idziemy spać, bo przecież jutro zaczyna się nasza przygoda z Grodnem i Białorusią, a my po trzynastu godzinach podróży padamy z nóg.




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.