Minęło już kilka dni od powrotu z Białorusi a ja wciąż nie mogę się zabrać za opisanie tego wyjazdu. Gdzieś w moim dzienniku znajdują się zapisane dzień po dniu notatki, lecz takowe najlepiej czyta się po kilku miesiącach, latach i wtedy bardzo łatwo zauważyć, że z upływem każdej chwili stajemy się innymi ludźmi, przyjmujemy nowe wartości, punkty widzenia. Mimo to, a może właśnie dlatego, skrupulatnie opisuję swoje wyjazdy w niezbyt grubym brulionie, ale również dlatego, że bardzo się boję każdej umykającej z mojej pamięci chwili, po której często zostaje tylko rozmazane wspomnienie.
Byliśmy tam w dwunastkę, w większości poloniści, więc zapewne wielu z nas opisało to w swoich zeszytach, pamiętnikach, głowie i na blogach. Każdy, jako człowiek obdarzony innym bagażem doświadczeń odebrał to miejsce na swój własny indywidualny sposób.
Nie lubię X za to, że swoje podróże traktuje jako formę ucieczki, nie lubię takich ludzi.
Ale oczywiście, że jest to forma ucieczki, tylko myślę, że nie ma w tym nic złego, bo każdy potrzebuje czegoś żeby się zdystansować, oderwać na chwilę od świata i nie ważne czy to wyjazd, chlanie w pubie, czytanie książki czy też podroż właśnie.
Nie rozumiesz o co mi chodzi. Ty zresztą masz taki sam sposób podróżowania jak on.
Nie powiedziałabym tego. Nasze wyjazdy rożni miliard rzeczy- forma, cel, miejsca…
Ale chodzi o to, że oboje uciekacie.
Tak, zgodzę się- uciekam, ale czy jest w tym coś złego? Łatwiej jest uciec, każdy robi to na swój własny sposób. Zresztą wtedy dopiero człowiek czuje, że żyje. Nie wiem, jak na przykład siedzę cały dzień na uniwersytecie, uczę się, jest sesja, kolokwia, mimo, że uwielbiam moje studia to czuję, że życie przecieka mi między palcami, nie czuję, że żyję.
Tak właśnie o to chodzi, widocznie nie umiesz znaleźć niczego co cię interesuje, albo najzwyczajniej w świecie nie interesuje cię nic. Widocznie nie umiesz żyć.
Myślę, że nikt z nas nie ma prawa oceniać tego jak żyją inni. Mimo, że pozornie mnie to nie dotknęło, dlatego chociażby, że uważam inaczej, zrobiło mi się przykro, że tak jestem odbierana, zwłaszcza przez kogoś, kogo przez długi czas uważałam za osobę dość mi bliską. Bo prawdą jest, że moje nieustanne wyjazdy są formą ucieczki, ale też realizacją tego co nazywamy niespokojnym duchem, poczuciem lekkiego, naiwnego, europejskiego nomadyzmu. Gdyż chodzi też o to, że wiele się uczę, każda rozmowa (a ich akurat nie brakuje) każdy dzień, nowe miejsce, nowa, kultura, zmieniają moje postrzeganie świata. Nagle starasz się nie wartościować, usiłujesz rozumieć, zmieniasz sposób myślenia, dostrzegasz więcej. Coraz mniej jest rzeczy czarno-białych, coraz rozważniej dobierasz słowa. Białoruś zatem, była moją kolejna przygodą, lub jak wolisz ucieczką, może nie tak ukochaną jak pozostałe, zupełnie nie w moim stylu, inaczej niż lubię. Uważam, że przez te dwa tygodnie mogłabym się nauczyć, zauważyć i poznać o wiele więcej. Z drugiej jednak strony, mimo iż wiele umknęło mojej uwadze, często było bezrefleksyjnie, za dużo muzeów, które minie nie interesowały, lekkiej izolacji, było warto. Przede wszystkim dla wspaniałych ludzi, których poznałam, dla rozmów późno w nocy, które nie zawsze były o niczym, dla możliwości przebywania w kraju, do którego wcale tak łatwo nie jest się dostać. W państwie pozornie bardzo podobnym do Polski, niemalże identycznym, w miejscu, które trudno poznać, którego określenie sprawia trudności, którego nie potrafię zdefiniować.
Po raz pierwszy ciężko mi było wyjechać, gdyż ostatnimi czasy mój mały dziecinny świat wywrócił się do góry nogami. Zmienił się charakter niektórych ważnych dla mnie znajomości, wiedziałam, że zostanie mi dziesięć dni w Polsce. Z głową pełną stereotypów udałam się na pociąg Tanich Linii Kolejowych, aby następnie z kilkoma przesiadkami ruszyć do Grodna.
W pociągu okazało się, ze nie do końca jest tak,ze nikogo nie znam, bo z dwunastu osób pięcioro było moimi znajomymi, a w środku podróży doznałam szoku, gdyż okazało się, że drugim opiekunem jest pan magister D. Podroż przebiegła spokojnie, do Białegostoku, szybka pizza i salon odnowy biologicznej w wydaniu pana magistra- czytaj fryzjer na dworcu, potem już szynobus do Kuźnicy i przesiadka. Na dworcu w Kuźnicy przeszliśmy na dugi peron odgrodzony aluminiową siatką, aby wsiąść do pociągu przypominającego nasze trójmiejskie Skm-ki, tyle, że z sufitu odpadała farba a w środku, podróżowało kilka babuszek, w miejsce wiecznie zabieganych Gdańszczan. Co chwilę dziwne dźwięki, jakby coś miało się zepsuć, półmrok, kontrola paszportowa. Bach, tarch! Gaśnie światło. Tak, jesteśmy już na granicy. Światło znów się zapala, jednak tym razem w miejsce półmroku pojawia się niezdrowa jasność jarzeniówek. Kolejna kontrola, pytania w jakim celu, ilu nas jest, sprawdzanie ubezpieczeń. Normalna procedura, jednak w mojej głowie, tak bardzo starającej się być bez uprzedzeń, stereotypy zaczynają o sobie przypominać i pojawia się lekki irracjonalny strach. Czy aby na pewno wzięłam ubezpieczenie, czy dobrze wypełniłam kartę meldunkową? Godzina 23 czasu białoruskiego i 22 czasu polskiego. Wychodzimy na dworzec, zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam, tymczasem przed nami wyłania się dość znacznych rozmiarów budynek, mający w sobie cechy budownictwa socjalistycznego. Wchodzimy do przedsionka, celnik prosi nas abyśmy się przesunęli w prawo, bo kolejka jest za długa. Trach! zatrzaskują się drzwi, a w mojej głowie kolejne schizofreniczne myśli, aż mi wstyd kiedy myślę, jak bardzo człowiek jest podatny na głupie manipulacje. Stanowiska kontroli celnej, napis w trzech językach, co prawda z błędami, mówiący: Wszelkie wartościowe przedmioty pozostawione w paszporcie będą traktowane, jako próba przekupstwa, bądź niesłusznej próby wynagrodzenia celnika, i grożą poniesieniem odpowiedzialności karnej. Później uważne studiowane paszportów, na szczęście obyło się bez rewizji. Wychodzimy na halę główną, specyficzny wielkie fotele, przeogromne żyrandole o wątpliwych walorach estetycznych, kilku śpiących, bądź siedzących młodych chłopaków w mundurach. Na miejscu już czaka na nas nasz opiekun, zawożą nas do położonych nieopodal akademików. Trzeba dać zdjęcia, nie mogę znaleźć, jak zwykle. Zakwaterowanie w całkiem ładnych pięcioosobowych pokoikach z kuchnią, balkonem i łazienką. Jeszcze krótkie rozmowy integracyjne i idziemy spać, bo przecież jutro zaczyna się nasza przygoda z Grodnem i Białorusią, a my po trzynastu godzinach podróży padamy z nóg.