Archiwum autora dla

21
gru
10

Wydarzenia na Białorusi

Z przerażenie śledzę wieści z Białorusi, coś ściska mnie w gardle. Kiedy byliśmy tam latem, wiedziałam,że nie jest to raj, ale tak drastycznych zdarzeń się nie spodziewałam…Choć może jestem naiwna. Jednak to co mnie przeraża równie mocno jak aresztowania i pobicia ludzi, to wszechobecna ignorancja. Wydaje mi się, że Polacy bardziej niż inni nie powinni pozostawać obojętnymi, nie wzruszać ramionami.

Prześledzenie wydarzeń, które teraz mają miejsce na Białorusi, polecam wszystkim tym, od których co chwile słyszę jak to im źle w życiu, jak to jest źle w Chorwacji, w Polsce, jak bardzo są poszkodowani. Irak, Afganistan, Korea- to nas nie dotyka, ale Białoruś jest tuż obok.

21
gru
10

kilka banalnych spostrzeżeń z pobytu na wolontariacie

Minęło już prawe pięć miesięcy od kiedy wybyłam sobie na EVS do Chorwacji i trochę mi szkoda, że nie prowadzę z tego okresu porządnego dziennika , nie dokumentuję, nie robię zdjęć, ale o to kilka banalnych spostrzeżeń
wielu ludzi interesuje tylko alkohol i impreza i nie są wcale ciekawi świata
kuny możesz wymienić na dinary i w Chorwacji i w Serbii – wbrew wiadomości udzielanych przez niektórych
Zagrzeb to zdecydowanie nie Bałkany w sensie mentalnych
wielu ludzi w Chorwacji nie widzi potrzeby robienia niczego ze swoim życiem
Współlokatorzy mogą nieźle zaleźć za skórę
jeśli nie ruszysz tyłka, nie postawisz się i nie weźmiesz tego co chcesz to samo do ciebie nie przyjdzie
jeśli zapraszasz kogoś na kawę powinnaś za nią zapłacić
tramwaj to istne pogo
dzieci potrafią być okrutne ale zazwyczaj są najukochańsze na świecie
na prawdę może się przytrafić, że brakuje ci domu
zasady nie są równe wobec wszystkich
nie doceniamy tego co mamy
wielu ludzi z wielu krajów i kontynentów, z jeszcze większej liczby powodów uczy się chorwackiego
miejsca i kultury odkrywa się nie dniami, a miesiącami i latami
Chorwacja jest naprawdę piękna
każdy ma zupełnie inny punkt widzenia
biurokracja w Chorwacji zabija, nie zdziw się jak policjant przyjdzie do ciebie do domu sprawdzić czy tam mieszkasz
pani na policji w okienku dla obcokrajowców nie widzi potrzeby mówienia po chorwacku
jebiga
punktualność nie ma znaczenia
nawet się zdziwisz, ale może ci zabraknąć uniwersytetu i nauki
jestem nad-ambitna
komputer i internet kradną czas
polegaj tylko na sobie
przyzwyczaj się do wychodzenia na kawę kilka razy w tygodniu
naprawdę istnieją ludzie, którzy chcą się uczyć polskiego
przyzwyczaj się, że to, że jesteś Polakiem wcale nie znaczy, że wiesz lepiej jak się tam żyje niż osoby, które tam nigdy nie były
ktoś mówił, że mamy dużo dni wolnych?:)
pita z ziemniakami <3
nie zdziw się gdy szyby i biurko zatrzęsą ci się w mieszkaniu, choć trzęsienie ziemi jest w Serbii, a współlokatorka wzruszy ramionami i powie: „to normalne”
bajadere:)
Japończycy- ahh długa historia
nie zdziw się kiedy kot dostanie 20metrowy pokój tylko dla siebie
twoja strefa osobista nie istnieje:D
a podobno Polacy piją dużo:)

21
gru
10

Nowy Sad

Wsiadłyśmy razem do pociągu i wyruszyłyśmy w stronę Nowego Sadu. Pociąg osobowy, zupełnie normalny, taki jak pociągi osobowe w wielu krajach. Po drodze spisywałam wrażenia z Belgradu, co chwilę spoglądałyśmy za okno, w poszukiwaniu ciekawych widoków- niestety na marne.

Siedziałyśmy naprzeciw siebie, zanurzone w swoich myślach. Razem z nami jechały romskie dzieci i kilku innych pasażerów. Pan konduktor rzucał żarcikami, jak się potem okazało, nie usiałam wcale kupować biletu, wystarczyło dać mu do ręki 150 dinarów, tak aby nikt nie widział.
Toaleta była tradycyjną dziurą w podłodze, do czego już zdążyłam przywyknąć i nie robić z tego powodu wielkiego problemu.

Nowy Sad wydał mi się zupełnie innym od Belgradu, ale jak każde z wielu większych miast zachował tą swoją sprzeczność, różnorodność. Bo gdy wychodzisz z dworca Głównego idziesz przez ulice pełne sklepach, gdzie na wystawach błyszczą tandetne buty i ubrania, dodatki do domu. Gdzieś na ulicy cyganka karmi piersią dziecko i żebrze o kilka dinarów- a ja umieram z zimna, mimo, że jestem z Polski, mimo, że ciepło ubrana w płaszcz, szal, rękawiczki i czapkę.

Doszłam do centrum, które trzeba przyznać jest piękne, choć dziwi fakt,ze na samym środku rynku , bądź co bądź prawosławnego państwa, stoi kościół katolicki, potocznie nazywany „katedralom”- bo tak, jego kształt przypomina katedrę. Stare miasto jest piękne, choć największe wrażenie zrobiły na mnie stare kamieniczki, obok których przechodziłyśmy będąc już po drugiej stronie mostu, formalnie poza Nowym Sadem, podążając w kierunku twierdzy. Tak z mostami też wiąż a się historie bombardowań.

Nowy Sad wydał mi się zupełnie innym światem niż Belgrad, uroczym małym miasteczkiem, gdzie życie zaczyna się późnym wieczorem. Moi hostowie okazali się przecudownymi wegetarianami, którzy pokazali mi miasto. Ni obyło się bez imprezy, bójki w pubie, pogardy w spojrzeniu i słowach barana tłumaczącego mi, że rakija jest zawsze żółta bądź przezroczysta, koncertu hardcorowego. Był też pchli targ- Najlonka- gdzie zaopatrzyłam się w nową torebkę, bluzę i talerz- oczywiście wszystko wygrzebane ze stosu innych starych rzeczy, gdzieś na placu, na ziemi.

Trochę mnie denerwuje, że to moje postrzeganie Serbii i kolejnych miejsc, które odwiedzam jest tak powierzchowne.. Że brakuje czasu… Oglądam zdjęcia Scotta z podróży dookoła świata i choć nigdy nie powiedziałabym, że to ten typ to cholernie mu zazdroszczę…

17
gru
10

Belgrad

Minęło 7 dni od mojego przyjazdu do Belgradu, a ja znów siedziałam na dworcu głównym i czekałam na pociąg do Nowego Sadu. Jak zwykle pytania o taxi :”Only 60 euro to Novi Sad”.Napastliwa oferta i to odwieczne przekonanie, ze turyści zawsze są bogaci. Za bilet do Nowego Sadu zapłaciłyśmy przecież 288 dinarów czyli w przybliżeniu 2,8 euro.
Zdecydowanie nie polubiłam zachwalanego przez wszystkich Belgradu. To podobno nigdy nie zapadające w sen miasto było szare, brudne, mlochowate, zniszczone i biedne, a ludzie wcale nie byli tak uprzejmi jak to zwykła byłam słyszeć.
Weekend spędzony z Nikolą był przesympatyczny. Spacerowaliśmy po mieście, gdzie starsi mężczyźni sprzedają chusteczki higieniczne na ulicy, a chodniki są przepełnione ludźmi. Po dłuższej przechadzce w okropnym mrozie, wstąpiliśmy do “Black Turtle” na piwo jagodowe.
Centrum Belgradu jest, jakby to ujęło wielu “europejskie”. Sztuczne jezioro Ada jest pięknie urządzonym kompleksem sportowym, wielka, wciąż budująca się świątynia “Sava” robi wrażenie, stara twierdza, ulica artystów. Jednak przy wszystkich tych rzeczach, dla nas tak normalnych, w samym centrum celowo zostawiono dwa zniszczone w czasie bombardowań w 1998 roku budynki. “Żeby pamiętać”- powiedział Nikola.
” NATO to jakaś hipokryzja. Organizacja walcząca o pokój, zbombardowała Belgrad, Serbię. Nie patrzyli na to czy to szkoły, szpitale, czy budynki wojskowe. Używali bomb kasetowych. Zrzucasz jedną bombę, a z niej wypada wiele małych bob. Wiesz, na całej tej ulicy szyby były powybijane we wszystkich domach”.
Nikola mówił też o przeciętej płacy 200-300 euro miesięcznie i wielkich różnicach w zamożności mieszkańców Serbii. Stwierdził, że pojęci płaca minimalna nie istnieje.
“Płaca minimalna? Najmniej za godzinę? Przecież tylu ludzi nie ma pracy, że jeśli ci si nie podoba, to na twoje miejsce znajdziemy kogoś drugiego. Co za problem?”
To tylko jeden z punktów widzenia i nie wie czy prawdziwy. Pewnie trochę subiektywny, ale jednak przerażający.

—————————————————————————————————————————-
Po weekendzie spędzonym z Nikolą, przyjeżdżam do hotelu. W pokoju ląduję z Karoliną, więc znów rozmowy i wypad na kawę.
Na treningu słucham historii bałkańskich o Albanii, Bóśni, Macedonii, Czarnogóry i po raz kolejny przekonuję się o tym co pisał Kapal, o czym niektórzy mówili, że Zagrzebiowi bliżej jest do Wiednia niż do Bałkanów. Bo Chorwacja choć nieco odmienna, nie stwarza dla polskiego przybysza szoku kulturowego, jest taka “normalna’ zglobalizowana, podobna.
Słuchając tych wszystkich historii zdałam sobie sprawę jak bardzo zasiedziałam się w Zagrzebiu i że trzeba znów ruszyć w drogę bo tyle nieodkrytych lądów przede mną. Czas przecieka między palcami, a ty nawet nie zauważasz, trzeba go wykorzystać, trzeba wycisnąć do ostatniej kropli.

03
gru
10

ajmo na put

Nawet nie wiem kiedy i jak uciekło to cztery i pół miesiąca. Znalazłam nowe mieszkanie i nowy dom, a może raczej warto było by rzec, drugi dom. Bardzo się zmieniam i nie wiem czy na lepsze, czy gorsze, czy to wpływ innej kultury, a może naturalny proces „starzenia się”. Dużo pracuję, wiele się uczę, oglądam więcej filmów niż kiedykolwiek w życiu, a w odruchu desperacji zaczęłam nawet czytać książki po chorwacku, bo każdy skrawek papieru zapisany po polsku „połykam” z prędkością światła.
W pięknej Chorwacji jest różnie, czasem cudownie i radośnie, lecz niekiedy płaczę i mam wszystkiego dość. I choć jest mi często ciężko, bo nie ma tu ludzi, których kocham, znam, którzy są dla mnie ważni, to nie żałuję tej decyzji, nawet jeśli czasem mam naprawdę dość. Nigdy nie myślałam, że będę tęsknić za domem, a tymczasem niecierpliwie odliczam dni do wyjazdu.
Za chwilę wyciągnę z szafy plecak i zacznę się pakować na mój 9 dniowy wyjazd do Serbii. Ostatni razem pisałam o Sarajewie a przecież po drodze był jeszcze Zadar i Bruksela.
Przypadkowe spotkania na lotniskach, ogrom czekolady, mieszkanie wyglądające jak ze starych francuskich filmów, inna mentalność i troszkę miłości.
Tak, to przerażające jak wspomnienia szybko uciekają. Zatem kolejny raz w drogę
-Przed czym ty uciekasz?
-Nie uciekam…

27
paź
10

I tak się stało, że każdego kolejnego dnia usiłuję się zmotywować do jakiegoś większego, bardziej intensywnego samorozwoju i każdego dnia ponoszę porażkę. Należy sobie jedynie zadać pytanie, czy jest to skutkiem aż nadmiernego lenistwa, nieumiejętności organizacji czasu, słabej woli, czy zbyt wielkich wymagań względem siebie. Znów sięgnęłam po czekoladę, znów spałam więcej niż trzeba, kolejny raz nie zdążyłam przeczytać książki i pójść na spacer, znów mam bałagan.W mojej głowie ostatnimi czasy utworzył się aż nazbyt wielki chaos, z jednej strony wiele rzeczy sobie poukładałam, z drugiej pojawiły się nowe wątpliwości i dylematy. Jak widać człowiek nie jest w stanie osiągnąć pełnej stabilności psychicznej, spokoju wewnętrznego i zdecydowanej opinii na wszystko. Być może są i tacy co potrafią, ale ja się do nich nie zaliczam.
Zaczęła się piękna jesień, a ja jakby znów nie mogąc wysiedzieć z domu jadę sobie- choćby na kilka dni, gdzieś daleko, choć wcale nie odpocznę, bo zmęczę się więcej niż siedząc w domu czytając eseje na temat walki o prawa człowieka, czy grubą książkę o pop-arcie. Ale przeżyję znów coś, może nie będzie prawdziwe, może trochę plastikowe, ale zawsze nowe, pouczające, nieznane Mam tylko małe wyrzuty sumienia, że znów lecę samolotem- a nie powinnam, bo przy tej całej ekologicznej obsesji, nagle marnuję wysiłki następnych 20 lat, ale cóż, każdy z nas jest hipokrytą.
Spakowałam mały plecak, ten w który się zwykle nie mieszczę idąc na zajęcia, pokój- nie straszy.
Więc tylko wstać rano, kupić pieczywo i w drogę, bo życie ucieka, a ja wciąż mam wrażenie, że nic z nim do tej pory nie zrobiłam, że zmarnowałam ostatnie 21 lat, że dalej nie wiem czego chcę. I czasem tak sobie zazdroszczę czasów kiedy wiedziałam czego chcę i każdym dniem dążyłam do tego.
Ale dowiem się kiedyś czego chcę prawda?
Zagrzeb → Zadar → Bruksela → Zadar → Zagrzeb

23
paź
10

o jesiennych smutkach i niepewnościach

Przyszła jesień- zimna i deszczowa, a ja nie mam się nawet do kogo przytulić.
Czasem mi smutno, więc czas zapełniam oglądaniem filmów, nauką, gotowaniem pysznych wegańskich obiadków. W słoneczne soboty- takie jak dzisiaj, idę do uroczej kawiarni, na świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, a potem na spacer- zbierać kasztany.
Podoba mi się, że nie jestem wciąż w jednym miejscu, choć zaczyna mnie niepokoić ta nasilająca się potrzeba podróżowania, ale póki co:
28.10-1.11 Zagrzeb → Zadar → Bruksela → Zadar → Zagrzeb
4.12- 12.12 Belgrad
a potem jakieś dwa tygodnie w domu, bo przecież święta

14
wrz
10

14
wrz
10

Wróciłam już z Sarajewa, pięknego miasta otoczonego górami. Miejsca gdzie psy biegają bez smyczy i łaszą się do każdego, koty wylegują się na ławkach w kawiarni, a w sklepiku obok możesz kupić niezliczoną liczbę słodyczy, bakalii na wagę bądź skosztować jabłka oblanego czymś, z czego robi się lizaki. Smak dawnych, zdecydowanie zdrowszych i mniej chemicznych słodyczy.
Moje szczęście w nieszczęściu odznaczało się tym,że nasze jedyne wolne popołudnie przydało na bajram. Szczęście to wszystko co zaraz opiszę, nieszczęście- to mój ohydny materializm- po raz kolejny nie kupiłam dżezwy o której marzę już od przeszło dwóch lat.
Sarajewo postanowiłam zwiedzić sama. Grupa znajomych gadających ciągle po angielsku, zdecydowanie nie wpływa dobrze na poznawanie miasta. Mogą być najlepszymi ludźmi na świecie ale wtedy skupiasz się na nich, czujesz mniej zapachów, dźwięków, praktycznie nie masz szans na poznane ludzi no i oczywiście ceny rosną wielokrotnie. Być może straciłam dobrą imprezę i kilka butelek sarajewskiego piva, ale zyskałam niezwykłą historię, dźwięki, smaki i znajomości.
Pojechałam sama, jak mała asocjalna istotka- nie czułam się z tym źle, właściwie lubie taki typ zwiedzania. Spacerowałam uliczkami Sarajewa, patrzyłam na małe kotki bawiące się ze sobą, bądź wręcz przeciwnie wylegujących się w słabym jesiennym słońcu, romskie orkiestry grające z okazji bajramu, psy łaszące się do swoich w właścicieli, ludzi siedzących w kawiarniach, rozmawiających- co ciekawe, turystę mogłam wyczuć na 10 metrów, choć wcale nie musiał się odzywać. Zaledwie po pól godnie mojego spacerowania, poznałam pana w średnim wieku, który uznając, iż nasze potkanie jest darem Allaha i że wyczuwa ode mnie pozytywna energię postanowił mi pokazać miasto. Spacerując tak z nim słyszałam wiele niesamowitych historii, pomógł mi zgłębić kilka prawd islamu i być może nawet je zrozumiałam. Mówił o wielokulturowości Sarajewa, pokazywał cmentarze na wzgórzach, piękne meczety, miejsce gdzie kiedyś było letnie kino, wzgórze z którego widzisz całe Sarajewo i domek, przyniesiony na drugą stronę rzeki1. Wypisała mi listę jego ulubionych poetów a potem skonsumowaliśmy przepyszną bosanską kafę. Kiedy rozstaliśmy się po 4,5 godziny, zaczęłam spacerować sama , by po chwili spotkać Karolinę (perygrynnacje.blox.pl). Myślę, że nie minęło nawet piętnaście minut, kiedy znów spotkałyśmy panów z pierwszego wieczoru. Znów nas zaprosili na kawę- przecież jest bajram. A potem, widząc naszą radość z romskiej orkiestry grającej w kawiarence obok, zapłacili im, by grali przy naszym stoliku. Niesamowite uczucie. Zmęczone wróciłyśmy do hotelu, jednakże plan, by w końcu się wyspać, zakończył się niepowodzeniem.
Następny dzień- ostatnie warsztaty i goodbye party. Nic specjalnego, puszka sarajevskog i karciana gra polegająca na tym, że jeśli popełnisz błąd musisz wypić. Rozmowy i pożegnania. O północy zdecydowałam, że idę spać. Niestety po drodze dorwali mnie kelnerzy, z którymi przesiedziałam godzinę i popijając postawioną mi przez nich wódkę co chwilę robiłam wszystko, żeby iść spać. Oburzali się, że są nudni i może czegoś potrzebuję, żeby z nimi siedzieć. Z uporem powtarzałam, że jedyne czego mi brakuje to sen. W czasie rozmowy jeden kelner pytał mnie również czy palę trawę- typowe pytanie, masz dredy więc znaczy to, że jesteś wielkim fanem marihuany. Odpowiedziałam, że nie, nie palę. Kiedy już poszłam do pokoju po pięciu minutach słyszę pukanie. To ten sam kelner pytający czy na pewno nie chce z nim zapalić jointa. Zostając mistrzynią miłej odpowiedzi i asertywności i z propozycji nie skorzystałam.
Następny dzień rano szybka pobudka, śniadanie, pita s krumpirom i jadę na dworzec. W swojej zbytnej dokładności byłam godzinę przed czasem. Kupiłam głupią gazetę coś w stylu glamour i dosiałam się do chłopaka, który zaprosił mnie do swojego stolika- w końcu jest bajram. Chłopak był nieco upośledzony umysłowo, a może był tylko zwykłym dziwakiem, choć jego oczy często nie przedstawiały świadomości. Jednakże czy posiadam jakiekolwiek prawo do oceniania czyjejś normalności? Co to jest „normalność”, może to tylko sztywno ustalone reguły to, że chłopak w pewnym momencie zaczyna śpiewać bez przyczyny bądź wydawać odgłosy wybijając rytm, może jest tylko delikatną odmiennością. Swędziłam z nim godzinę i rozmawialiśmy na przeróżne tematy, cóż nie mam uprzedzeń do drobnych odmieńców. A dworcu skorzystałam również z toalety- piszę o tym tylko dla tego, że pierwszy raz korzystałam z toalety o jakiej wiele razy słyszałam i której zdecydowanie nie spodziewałam się w Bośni. Otóż nie było tam papieru toaletowego a jedynie coś w rodzaju małego prysznica do „wyczyszczenia się”.
Później 10 godzinna podróż i ciekawe rozmowy.
Wróciłam z Sarajewa, miasta wielokulturowego gdzie cerkiew, kościół katolicki, meczet i synagoga stoją obok siebie. Gdzie roznegliżowana dziewczyna z mocnym makijażem i farbowanymi blond włosami idzie koło zakrytej czadorem muzułmanki. Miejsca gdzie w centrum miasta z synagogi słyszysz nawoływanie do modlitwy i wielu się kłania, gdzie na wielu wzgórzach znajdują się niezliczone groby młodych ludzi. Sarajewo jest pięknym miastem na którego odkrycie potrzeba wiele czasu i nie mówię tu o zabytkach, na to zapewne wystarczył by tydzień ale na poznanie ludzi, kultury, mentalności ale przede wszystkim na zrozumienie jej, bo to nie przychodzi tak łatwo. Kiedy nagle wyrwiesz się ze świata w którym spędziłeś całe swojej życie, nie zrozumiesz od razu innych zachowań i przekonań. Ale bardzo chcę i wiem, że może kiedyś mi się to uda.
Tymczasem wróciłam do mojego Zagrzebia i jeśli ktoś mi jeszcze raz powie, że całe Bałkany to identyczna kultura, nie będę się kłócić, wybuchnę mu śmiechem prosto w twarz. Kolejne warsztaty, tymczasem ja umieram z potrzeby za przeprowadzką i dobrą, przeintelektualizowaną książką po polsku.
Pozdrowienia z jesiennego Zagrzebia gdzie właśnie piję zieloną herbatkę z kubka z olimpijskim wilkiem:)

07
wrz
10

Sarajevo

W czasie podróży chciałam zapisywać, każde spostrzeżenie, kolejny zapamiętany widok, myśli przelatujące nieustannie przez moją głowę i znaczenia rozmów. Zapomniałam pamiętnika, ołówek złamał się- jak na złość. Minął zaledwie dzień- od mojej dziesięciogodzinnej podróży, a ja spędzam swoje urodziny w Sarajewie, pięknym mieście o małych uliczkach, gdzie picie kawy jest swego rodzaju ceremonią. Zaledwie nieco ponad dwadzieścia cztery godziny, a połowa rzeczy umknęła mi z głowy, uczucia, emocje nie są już tak silne. Szkoda, jutro pobiegnę do najbliższego sklepu i kupię kolejny niepotrzebny zeszyt i długopis, żeby tylko móc zapisywać na bieżąco, żeby tylko nie stracić choć minuty.
Ciekawa droga, długa podróż. Dziesięć godzin spędzonych w pociągu, w którym każdy wagon jest innej narodowości. „W tym serbskim grzeją, a w chorwackim są wygodniejsze siedzenia”. Myślałam, że sytuacja, kiedy to mi będzie zimno we wrześniu w Chorwacji nigdy nie nastąpi, jednakże w „chorwackim” wagonie zamarzałam, więc przeniosłam się do tego”serbskiego” z ogrzewaniem. Naprzeciw mnie pani, z wyrazem twarzy wiecznie wyrażającym jakieś złe emocje. Nie potrafiłam tylko rozszyfrować czy to złość, ból, znudzenie życiem, czy po prostu zdegustowanie. Po drugiej stronie młody chłopak, 23 letni Bośniak, którego imienia nie jestem teraz sobie w stanie przypomnieć. Ponad dwu godzinna rozmowa o planach, życiowych ambicjach, celach i wartościach. O Sarajewie i Zagrzebiu, o ludziach, opiniach, sposobach postrzegania świata. Niestety musiał wysiąść. Na tej samej stacji wsiadł również starszy pan o bardzo zdeformowanej twarzy. Zaczęłam czytać- chyba najdziwniejszą książkę jaką w życiu miałam w rękach. No cóż, ale tak kończą się wizyty w bibliotekach, kiedy bierzesz pierwszy z brzegu wolumin z drugiej półki od góry- właśnie na wysokości twojego wzroku. Znudzona wstaję, wychodzę z przedziału i patrzę przez okno. Na każdej stacji dużo zniszczonych wagonów, zarówno tych towarowych, jak i zdemolowanych pasażerskich. Każde z wielkim i dziurami gdzieś na ścianach, niezdatne do użytku. W swojej europejskiej ignorancji zastanawiam się- czy to pozostałości po wojnie, czy po prostu zdezelowane stare wagony? Nazwa każdej miejscowości- z jednej strony cyrylicą, z drugiej łacinką. Potem tuż za oknem widzę dreptające kury, gdzieś dalej kozy, konie, krowy, owce. Typowo wiejska atmosfera. Wszędzie snopy siana, gdzieniegdzie zapadnięte drewniane domy sąsiadujące z nowobogackimi willami ustylizowanymi na styl klasyczny. Wszędzie plakaty, bo właśnie są wybory. Bilbordy, a na jednej stacji widzę ludzi ubranych na czerwono, pierwotnie myślałam, że to kibice, później okazało się ,że to członkowie/sympatycy politycznej partii SDP.
Piękne krajobrazy, skały, meczety, gdzieniegdzie cerkwie. Kiedy tak stoję i rozmarzonym wzrokiem wyglądam przez wpół otwarte okno jakiś chłopak woła mnie z przedziału obok. Siadam i tym razem toczą się rozmowy z Bośniakami. Dużo śmiechu, częste powtarzanie z mojej strony „wolniej, proszę Cię”, kolejny raz macanie dredów:” bo ja wieśniak jestem, nigdy na żywo nie widziałem”. Współtowarzysze wysiadają, zostaje jeden chłopak, mówię, że muszę wracać do swojego przedziału bo na zbyt długo zostawiłam swoje rzeczy bez opieki. Po pół godziny pukanie w szybę przedziału z okrzykiem” cześć, milej drogi, cudownego Sarajewa”.
Wychodzę znów, bo co jak co, ale 9 godzin nieustannego siedzenia w pociągu nie jestem w stanie wytrzymać. Wychodzi za mną chłopak, nowy pasażer naszego przedziału, jak się później okazuje Serb z nowego Sadu, student 2 roku kartografii. Typ zupełnego zaprzeczenia stereotypowego Bałkańca. Miłe rozmowy i wspieranie mnie kiedy dowiaduję się, że pociąg spóźni się ponad godzinę- tu również, jak w Polsce, nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
Dojechałam, wreszcie, wysiadam, trochę poddenerwowana, trochę zestresowana. Panowie taksówkarze na mnie cmokają i gwiżdżą. Jako, że jestem lekko podirytowana, rzucam im małą wiązankę chorwackich przekleństw o ogólnym przesłaniu ”odpierdolcie się kurwa”. O dziwo zła energia, którą z siebie wyrzuciłam nie wraca do mnie – wręcz przeciwnie. Znów doświadczam dobra. Pytam jakąś panią, jak mogę dotrzeć do Ilidži, a ona mówi, że akurat tam jedzie i zabiera mnie tramwajem na miejsce, aby następnie wskazać lokalizację naszego hotelu. Widzę cztery gwiazdki i myślę sobie- o ironio, szkoda mi na taksówkę a będę spać w cztero-gwiazdkowym hotelu. Melduję się, zostawiam rzeczy i już biegnę na spotkanie integracyjne, na którym okazuje się, że połowa wolontariuszy to Polacy. Miłe zabawy, a potem idziemy na sarajevsko pivo, by koło północy wrócić do Hotelu. W międzyczasie dziewczyny podrywają uroczego kelnera, co dla mnie wydaje się nieco dziwne, ale co kto lubi. Krótka rozmowa z Krzysiem, życzenia urodzinowe, prysznic, rozmowy z Dagną i idę spać około 3 rano.
1 dzień
Szkolenia i kolejne zabawy aktywacyjne, kawa i krótkie zakupy w pobliskim outlecie, bo przecież potrzebuję skarpetek, a tutaj mogę kupić parę za złotówkę. Po zakończonym dniu szybka kolacja i wraz z Karoliną ( która na marginesie tez bardzo dużo podróżuje) decydujemy się do wyruszenia na miasto Większość jedzie na mecz Francja- Bośnia, niektórzy zostają w pokojach oglądając filmy, my postanowiłyśmy odkrywać nocne Sarajewo. Pan próbujący wcisnąć nam drogą dżezwę, meczety podzielone na część męską i żeńską, kobiety w chustach, ciasne uliczki, tandetne pamiątki i pita s krumpirom. Na końcu znajdujemy sympatyczna kawiarnię, gdzie możemy kupić bosanską kafę, zaparzoną w małych dżezwach, gdzie picie jej to cały rytuał. Specjalnie zaparzona kawa kosztuje jedynie około 1,5 marki co w przybliżeniu daje około trzech złotych. Pytam pana, jak dokładnie powinnam ją pić, właściciel po krotce mi to objaśnia, a potem sympatycznie się śmieje i mówi, że muszę mimo wszystko udoskonalić swoje umiejętności picia kawy po bosanku. Cały rytuał polega na tym, że na miedzianym talerzyku dostajesz małą filiżaneczkę, dżezwę napełnioną kawą i małą cukierniczkę napełnioną czymś w rodzaju kostek cukru. Maczasz je leciutko w kawie, następnie wkładasz do ust i pijesz przez to kawę. W bardzo śmieszny i przyjemy sposób rozpuszcza Ci się to ustach i daje słodki, przyjemny smak mocnej, słodzonej kawy, którą pijesz małymi łyczkami i porcjami. W trakcie naszej próby rytualnego picia kawy przy stoliku obok siada dwóch panów. Jak się później okazuje z Persji. Rozmawiamy spokojnie, ja częściowo tłumaczę, dowiaduję się, że pan studiował medycynę w Zagrzebiu, ale jej nie skończył bo zostało mu jeszcze osiem egzaminów i nie miał wystarczająco dużo siły i motywacji, żeby zostać doktorem medycyny. Potem krótkie opowiadania o historii i Polakach w Iranie, o Bogu dobra i zła. Kiedy chcemy już opuszczać przecudowną kawiarnię panowie mówią, żebyśmy nie płacili. Uprzejmie, żeby nikogo nie urazić oponuję. Ale pan jest asertywny i na końcu odchodzimy nie płacąc za kawę. Wędrując z powrotem na przystanek wąskimi uliczkami Sarajewa kupuję pitę s krumpirom i wsiadamy w tramwaj. Potem tylko rozmowy o podróżach i umawiamy się, że jutro szybciej jemy kolację i szybko uciekamy same do centrum, bo w więcej osób nie masz szans na poznanie tylu osób i właściwe poznanie miasta. Zobaczymy jak dalej będzie wyglądało odkrywane tego niesamowitego miejsca. Urodzinowe pozdrowienia z Sarajewa.
P.S Znowu morze dobra, serdeczności i pozytywnej energii. Nikt mi nie wmówi,że ludzie są źli. Nie dobre rzeczy ciągle się wydarzają, ale cały świat przepełniony jest przeogromną liczbą bezinteresownych ludzi, którzy zawsze zwrócą się do Ciebie z uśmiechem i dobrymi intencjami.




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.