Archiwum dla Wrzesień 2010
Wróciłam już z Sarajewa, pięknego miasta otoczonego górami. Miejsca gdzie psy biegają bez smyczy i łaszą się do każdego, koty wylegują się na ławkach w kawiarni, a w sklepiku obok możesz kupić niezliczoną liczbę słodyczy, bakalii na wagę bądź skosztować jabłka oblanego czymś, z czego robi się lizaki. Smak dawnych, zdecydowanie zdrowszych i mniej chemicznych słodyczy.
Moje szczęście w nieszczęściu odznaczało się tym,że nasze jedyne wolne popołudnie przydało na bajram. Szczęście to wszystko co zaraz opiszę, nieszczęście- to mój ohydny materializm- po raz kolejny nie kupiłam dżezwy o której marzę już od przeszło dwóch lat.
Sarajewo postanowiłam zwiedzić sama. Grupa znajomych gadających ciągle po angielsku, zdecydowanie nie wpływa dobrze na poznawanie miasta. Mogą być najlepszymi ludźmi na świecie ale wtedy skupiasz się na nich, czujesz mniej zapachów, dźwięków, praktycznie nie masz szans na poznane ludzi no i oczywiście ceny rosną wielokrotnie. Być może straciłam dobrą imprezę i kilka butelek sarajewskiego piva, ale zyskałam niezwykłą historię, dźwięki, smaki i znajomości.
Pojechałam sama, jak mała asocjalna istotka- nie czułam się z tym źle, właściwie lubie taki typ zwiedzania. Spacerowałam uliczkami Sarajewa, patrzyłam na małe kotki bawiące się ze sobą, bądź wręcz przeciwnie wylegujących się w słabym jesiennym słońcu, romskie orkiestry grające z okazji bajramu, psy łaszące się do swoich w właścicieli, ludzi siedzących w kawiarniach, rozmawiających- co ciekawe, turystę mogłam wyczuć na 10 metrów, choć wcale nie musiał się odzywać. Zaledwie po pól godnie mojego spacerowania, poznałam pana w średnim wieku, który uznając, iż nasze potkanie jest darem Allaha i że wyczuwa ode mnie pozytywna energię postanowił mi pokazać miasto. Spacerując tak z nim słyszałam wiele niesamowitych historii, pomógł mi zgłębić kilka prawd islamu i być może nawet je zrozumiałam. Mówił o wielokulturowości Sarajewa, pokazywał cmentarze na wzgórzach, piękne meczety, miejsce gdzie kiedyś było letnie kino, wzgórze z którego widzisz całe Sarajewo i domek, przyniesiony na drugą stronę rzeki1. Wypisała mi listę jego ulubionych poetów a potem skonsumowaliśmy przepyszną bosanską kafę. Kiedy rozstaliśmy się po 4,5 godziny, zaczęłam spacerować sama , by po chwili spotkać Karolinę (perygrynnacje.blox.pl). Myślę, że nie minęło nawet piętnaście minut, kiedy znów spotkałyśmy panów z pierwszego wieczoru. Znów nas zaprosili na kawę- przecież jest bajram. A potem, widząc naszą radość z romskiej orkiestry grającej w kawiarence obok, zapłacili im, by grali przy naszym stoliku. Niesamowite uczucie. Zmęczone wróciłyśmy do hotelu, jednakże plan, by w końcu się wyspać, zakończył się niepowodzeniem.
Następny dzień- ostatnie warsztaty i goodbye party. Nic specjalnego, puszka sarajevskog i karciana gra polegająca na tym, że jeśli popełnisz błąd musisz wypić. Rozmowy i pożegnania. O północy zdecydowałam, że idę spać. Niestety po drodze dorwali mnie kelnerzy, z którymi przesiedziałam godzinę i popijając postawioną mi przez nich wódkę co chwilę robiłam wszystko, żeby iść spać. Oburzali się, że są nudni i może czegoś potrzebuję, żeby z nimi siedzieć. Z uporem powtarzałam, że jedyne czego mi brakuje to sen. W czasie rozmowy jeden kelner pytał mnie również czy palę trawę- typowe pytanie, masz dredy więc znaczy to, że jesteś wielkim fanem marihuany. Odpowiedziałam, że nie, nie palę. Kiedy już poszłam do pokoju po pięciu minutach słyszę pukanie. To ten sam kelner pytający czy na pewno nie chce z nim zapalić jointa. Zostając mistrzynią miłej odpowiedzi i asertywności i z propozycji nie skorzystałam.
Następny dzień rano szybka pobudka, śniadanie, pita s krumpirom i jadę na dworzec. W swojej zbytnej dokładności byłam godzinę przed czasem. Kupiłam głupią gazetę coś w stylu glamour i dosiałam się do chłopaka, który zaprosił mnie do swojego stolika- w końcu jest bajram. Chłopak był nieco upośledzony umysłowo, a może był tylko zwykłym dziwakiem, choć jego oczy często nie przedstawiały świadomości. Jednakże czy posiadam jakiekolwiek prawo do oceniania czyjejś normalności? Co to jest „normalność”, może to tylko sztywno ustalone reguły to, że chłopak w pewnym momencie zaczyna śpiewać bez przyczyny bądź wydawać odgłosy wybijając rytm, może jest tylko delikatną odmiennością. Swędziłam z nim godzinę i rozmawialiśmy na przeróżne tematy, cóż nie mam uprzedzeń do drobnych odmieńców. A dworcu skorzystałam również z toalety- piszę o tym tylko dla tego, że pierwszy raz korzystałam z toalety o jakiej wiele razy słyszałam i której zdecydowanie nie spodziewałam się w Bośni. Otóż nie było tam papieru toaletowego a jedynie coś w rodzaju małego prysznica do „wyczyszczenia się”.
Później 10 godzinna podróż i ciekawe rozmowy.
Wróciłam z Sarajewa, miasta wielokulturowego gdzie cerkiew, kościół katolicki, meczet i synagoga stoją obok siebie. Gdzie roznegliżowana dziewczyna z mocnym makijażem i farbowanymi blond włosami idzie koło zakrytej czadorem muzułmanki. Miejsca gdzie w centrum miasta z synagogi słyszysz nawoływanie do modlitwy i wielu się kłania, gdzie na wielu wzgórzach znajdują się niezliczone groby młodych ludzi. Sarajewo jest pięknym miastem na którego odkrycie potrzeba wiele czasu i nie mówię tu o zabytkach, na to zapewne wystarczył by tydzień ale na poznanie ludzi, kultury, mentalności ale przede wszystkim na zrozumienie jej, bo to nie przychodzi tak łatwo. Kiedy nagle wyrwiesz się ze świata w którym spędziłeś całe swojej życie, nie zrozumiesz od razu innych zachowań i przekonań. Ale bardzo chcę i wiem, że może kiedyś mi się to uda.
Tymczasem wróciłam do mojego Zagrzebia i jeśli ktoś mi jeszcze raz powie, że całe Bałkany to identyczna kultura, nie będę się kłócić, wybuchnę mu śmiechem prosto w twarz. Kolejne warsztaty, tymczasem ja umieram z potrzeby za przeprowadzką i dobrą, przeintelektualizowaną książką po polsku.
Pozdrowienia z jesiennego Zagrzebia gdzie właśnie piję zieloną herbatkę z kubka z olimpijskim wilkiem:)
Sarajevo
W czasie podróży chciałam zapisywać, każde spostrzeżenie, kolejny zapamiętany widok, myśli przelatujące nieustannie przez moją głowę i znaczenia rozmów. Zapomniałam pamiętnika, ołówek złamał się- jak na złość. Minął zaledwie dzień- od mojej dziesięciogodzinnej podróży, a ja spędzam swoje urodziny w Sarajewie, pięknym mieście o małych uliczkach, gdzie picie kawy jest swego rodzaju ceremonią. Zaledwie nieco ponad dwadzieścia cztery godziny, a połowa rzeczy umknęła mi z głowy, uczucia, emocje nie są już tak silne. Szkoda, jutro pobiegnę do najbliższego sklepu i kupię kolejny niepotrzebny zeszyt i długopis, żeby tylko móc zapisywać na bieżąco, żeby tylko nie stracić choć minuty.
Ciekawa droga, długa podróż. Dziesięć godzin spędzonych w pociągu, w którym każdy wagon jest innej narodowości. „W tym serbskim grzeją, a w chorwackim są wygodniejsze siedzenia”. Myślałam, że sytuacja, kiedy to mi będzie zimno we wrześniu w Chorwacji nigdy nie nastąpi, jednakże w „chorwackim” wagonie zamarzałam, więc przeniosłam się do tego”serbskiego” z ogrzewaniem. Naprzeciw mnie pani, z wyrazem twarzy wiecznie wyrażającym jakieś złe emocje. Nie potrafiłam tylko rozszyfrować czy to złość, ból, znudzenie życiem, czy po prostu zdegustowanie. Po drugiej stronie młody chłopak, 23 letni Bośniak, którego imienia nie jestem teraz sobie w stanie przypomnieć. Ponad dwu godzinna rozmowa o planach, życiowych ambicjach, celach i wartościach. O Sarajewie i Zagrzebiu, o ludziach, opiniach, sposobach postrzegania świata. Niestety musiał wysiąść. Na tej samej stacji wsiadł również starszy pan o bardzo zdeformowanej twarzy. Zaczęłam czytać- chyba najdziwniejszą książkę jaką w życiu miałam w rękach. No cóż, ale tak kończą się wizyty w bibliotekach, kiedy bierzesz pierwszy z brzegu wolumin z drugiej półki od góry- właśnie na wysokości twojego wzroku. Znudzona wstaję, wychodzę z przedziału i patrzę przez okno. Na każdej stacji dużo zniszczonych wagonów, zarówno tych towarowych, jak i zdemolowanych pasażerskich. Każde z wielkim i dziurami gdzieś na ścianach, niezdatne do użytku. W swojej europejskiej ignorancji zastanawiam się- czy to pozostałości po wojnie, czy po prostu zdezelowane stare wagony? Nazwa każdej miejscowości- z jednej strony cyrylicą, z drugiej łacinką. Potem tuż za oknem widzę dreptające kury, gdzieś dalej kozy, konie, krowy, owce. Typowo wiejska atmosfera. Wszędzie snopy siana, gdzieniegdzie zapadnięte drewniane domy sąsiadujące z nowobogackimi willami ustylizowanymi na styl klasyczny. Wszędzie plakaty, bo właśnie są wybory. Bilbordy, a na jednej stacji widzę ludzi ubranych na czerwono, pierwotnie myślałam, że to kibice, później okazało się ,że to członkowie/sympatycy politycznej partii SDP.
Piękne krajobrazy, skały, meczety, gdzieniegdzie cerkwie. Kiedy tak stoję i rozmarzonym wzrokiem wyglądam przez wpół otwarte okno jakiś chłopak woła mnie z przedziału obok. Siadam i tym razem toczą się rozmowy z Bośniakami. Dużo śmiechu, częste powtarzanie z mojej strony „wolniej, proszę Cię”, kolejny raz macanie dredów:” bo ja wieśniak jestem, nigdy na żywo nie widziałem”. Współtowarzysze wysiadają, zostaje jeden chłopak, mówię, że muszę wracać do swojego przedziału bo na zbyt długo zostawiłam swoje rzeczy bez opieki. Po pół godziny pukanie w szybę przedziału z okrzykiem” cześć, milej drogi, cudownego Sarajewa”.
Wychodzę znów, bo co jak co, ale 9 godzin nieustannego siedzenia w pociągu nie jestem w stanie wytrzymać. Wychodzi za mną chłopak, nowy pasażer naszego przedziału, jak się później okazuje Serb z nowego Sadu, student 2 roku kartografii. Typ zupełnego zaprzeczenia stereotypowego Bałkańca. Miłe rozmowy i wspieranie mnie kiedy dowiaduję się, że pociąg spóźni się ponad godzinę- tu również, jak w Polsce, nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
Dojechałam, wreszcie, wysiadam, trochę poddenerwowana, trochę zestresowana. Panowie taksówkarze na mnie cmokają i gwiżdżą. Jako, że jestem lekko podirytowana, rzucam im małą wiązankę chorwackich przekleństw o ogólnym przesłaniu ”odpierdolcie się kurwa”. O dziwo zła energia, którą z siebie wyrzuciłam nie wraca do mnie – wręcz przeciwnie. Znów doświadczam dobra. Pytam jakąś panią, jak mogę dotrzeć do Ilidži, a ona mówi, że akurat tam jedzie i zabiera mnie tramwajem na miejsce, aby następnie wskazać lokalizację naszego hotelu. Widzę cztery gwiazdki i myślę sobie- o ironio, szkoda mi na taksówkę a będę spać w cztero-gwiazdkowym hotelu. Melduję się, zostawiam rzeczy i już biegnę na spotkanie integracyjne, na którym okazuje się, że połowa wolontariuszy to Polacy. Miłe zabawy, a potem idziemy na sarajevsko pivo, by koło północy wrócić do Hotelu. W międzyczasie dziewczyny podrywają uroczego kelnera, co dla mnie wydaje się nieco dziwne, ale co kto lubi. Krótka rozmowa z Krzysiem, życzenia urodzinowe, prysznic, rozmowy z Dagną i idę spać około 3 rano.
1 dzień
Szkolenia i kolejne zabawy aktywacyjne, kawa i krótkie zakupy w pobliskim outlecie, bo przecież potrzebuję skarpetek, a tutaj mogę kupić parę za złotówkę. Po zakończonym dniu szybka kolacja i wraz z Karoliną ( która na marginesie tez bardzo dużo podróżuje) decydujemy się do wyruszenia na miasto Większość jedzie na mecz Francja- Bośnia, niektórzy zostają w pokojach oglądając filmy, my postanowiłyśmy odkrywać nocne Sarajewo. Pan próbujący wcisnąć nam drogą dżezwę, meczety podzielone na część męską i żeńską, kobiety w chustach, ciasne uliczki, tandetne pamiątki i pita s krumpirom. Na końcu znajdujemy sympatyczna kawiarnię, gdzie możemy kupić bosanską kafę, zaparzoną w małych dżezwach, gdzie picie jej to cały rytuał. Specjalnie zaparzona kawa kosztuje jedynie około 1,5 marki co w przybliżeniu daje około trzech złotych. Pytam pana, jak dokładnie powinnam ją pić, właściciel po krotce mi to objaśnia, a potem sympatycznie się śmieje i mówi, że muszę mimo wszystko udoskonalić swoje umiejętności picia kawy po bosanku. Cały rytuał polega na tym, że na miedzianym talerzyku dostajesz małą filiżaneczkę, dżezwę napełnioną kawą i małą cukierniczkę napełnioną czymś w rodzaju kostek cukru. Maczasz je leciutko w kawie, następnie wkładasz do ust i pijesz przez to kawę. W bardzo śmieszny i przyjemy sposób rozpuszcza Ci się to ustach i daje słodki, przyjemny smak mocnej, słodzonej kawy, którą pijesz małymi łyczkami i porcjami. W trakcie naszej próby rytualnego picia kawy przy stoliku obok siada dwóch panów. Jak się później okazuje z Persji. Rozmawiamy spokojnie, ja częściowo tłumaczę, dowiaduję się, że pan studiował medycynę w Zagrzebiu, ale jej nie skończył bo zostało mu jeszcze osiem egzaminów i nie miał wystarczająco dużo siły i motywacji, żeby zostać doktorem medycyny. Potem krótkie opowiadania o historii i Polakach w Iranie, o Bogu dobra i zła. Kiedy chcemy już opuszczać przecudowną kawiarnię panowie mówią, żebyśmy nie płacili. Uprzejmie, żeby nikogo nie urazić oponuję. Ale pan jest asertywny i na końcu odchodzimy nie płacąc za kawę. Wędrując z powrotem na przystanek wąskimi uliczkami Sarajewa kupuję pitę s krumpirom i wsiadamy w tramwaj. Potem tylko rozmowy o podróżach i umawiamy się, że jutro szybciej jemy kolację i szybko uciekamy same do centrum, bo w więcej osób nie masz szans na poznanie tylu osób i właściwe poznanie miasta. Zobaczymy jak dalej będzie wyglądało odkrywane tego niesamowitego miejsca. Urodzinowe pozdrowienia z Sarajewa.
P.S Znowu morze dobra, serdeczności i pozytywnej energii. Nikt mi nie wmówi,że ludzie są źli. Nie dobre rzeczy ciągle się wydarzają, ale cały świat przepełniony jest przeogromną liczbą bezinteresownych ludzi, którzy zawsze zwrócą się do Ciebie z uśmiechem i dobrymi intencjami.
W Zagrzebiu zaczęła się jesień, dni są coraz krótsze, a pogoda zrobiła się pochmurno-deszczowa. Mimo że oznacza to koniec lata, mnie jak co roku ogarnęła nutka lekkiego, irracjonalnego podcienia, gdyż wakacje to czas pewnego rodzaju przestoju, a wraz z nastaniem września, zaczynam planować kolejny rok.
Wczoraj w strugach deszczu kupiłam sobie mały parasol w kolorze zielonego jabłuszka, pisałam swoje piękne plany w brulionie z reprodukcją obraz Alfonsa Muchy na okładce. Wraz z nastaniem jesieni myślę o kasztanach i kolorowych liściach, o wieczorach spędzonych pod kocem z kubkiem zielonej herbaty, dobrą książką i świeczkami na oknie. Choć powinna ogarniać mnie depresja, ja znów jestem pełna życia i planów.
Właśnie czytam bloga Betatki i wstyd mi z powodu ilości marnowanego przeze mnie czasu, ale od jutra będzie inaczej, obiecuję sobie. Póki co mnóstwo planów w głowie, przeprowadzka i Sarajewo w poniedziałek.
Choć bardzo tęsknisz i masz chwile zwątpienia musisz żyć, bo warto mieć świadomość, że nie zmarnowałeś ani jednej minuty.







